„Pająki bywają przyjemne” – recenzja filmu „Spider-Man: Homecoming”

Jedną z najczęściej objawiających się u człowieka fobii jest arachnofobia, czyli lęk przed pająkami. Objawia się ona u ludzi w zasadzie ten sam sposób: boimy się na nie spojrzeć, a co dopiero dotknąć. Tymczasem w latach trzydziestych XX wieku powstał jeden z najbardziej popularnych producentów komiksów – Marvel, którego właścicielem był Walt Disney. Pierwszą zaś jego ikoną stał się Kapitan Ameryka. W następnych latach pojawili się kolejni bohaterowie, ale żaden z nich nie zdobył tak wielkiej popularności jak Steve Rogers. I wtedy nagle w 1962 roku Stan Lee wraz z Jackiem Kirbym stworzył bohatera, z którym jako pierwszy czytelnik miał szansę się utożsamić. Peter Parker to bowiem zwykły licealista, który chodzi do szkoły i przeżywa wzloty i upadki. I pewnego dnia zostaje ugryziony przez pająka. A co dalej się dzieje, to chyba każdy wie. Staje się Spider-Manem, bohaterem walczącym w imię sprawiedliwości, który wspina się po ścianach i tworzy pajęczyny. I choć mogłoby się wydawać, że taki bohater nawiązujący do pająków, spodobać się nie może, to stało się zupełnie odwrotnie.

Spider-Man na uznanie czytelników nie musiał długo czekać. Już po pierwszych kilku występach przykuł ich uwagę swoją… normalnością i za to go ludzie polubili. Człowiek-Pająk zdobył tak wielką popularność w komiksach, że niedługo potem telewizja postanowiła ukazać jego historie. W 1967 roku powstał serial „Spider-Man”, który był emitowany przez 3 lata. Najbardziej znany był jednak serial z 1994 roku, który w bardzo wierny sposób oddawał jego historie. A to nie był koniec. Wkrótce potem w 2002 roku po raz pierwszy pojawił się aktorski „Spider-Man” Sama Raimiego. I ku zaskoczeniu wielu zdobył on tak wielkie uznanie, że studio Sony nie postanowiło na tym poprzestać. Już dwa lata później powstała jego kontynuacja, która jeszcze mocniej zachwyciła publiczność. Niestety piękne momenty szybko się kończą. Sam Raimi zdecydował się bowiem na nakręcenie trzeciej części, co okazało się dla niego zgubne. Szansa na poprawę nadarzyła się ponownie w 2012 roku, kiedy wybrano nowego odtwórcę Petera Parkera, Andrew Garfielda. I pierwsza część, „Niesamowity Spider-Man” nie była idealna, ale zwiastowała udany powrót. Niestety dobry plan twórców zniweczyła druga część. Kiedy jednak Sony zdecydował się odsprzedać postać Petera Parkera Marvelowi, nadzieje z powrotem powróciły. Nowy wybraniec, Tom Holland nie zawiódł i w „Kapitanie Ameryce” zachwycił widownię. Pytanie pozostało, czy nowy Spider-Man potrafi tylko efektownie zwisnąć komuś tarczę, czy sam dumnie ją trzymać. Na to pytanie Marvel postanowił nam udzielić już rok później. Czy jednak „Spider-Man: Homecoming”, sądząc po tytule, rzeczywiście okazał się udanym powrotem Człowieka-Pająka na ekrany kin?

Spider-Man-Homecoming-1-1

Film Jona Wattsa przybliża nam historię Petera Parkera (Tom Holland), tuż po wydarzeniach z „Kapitana Ameryki: Wojny Bohaterów”. Nasz młody bohater wraca do domu w towarzystwie swojego nowego mentora, Tony’ego Starka (Robert Downey Jr). Na chłopaka już czeka ciocia May, a także szkoła, gdzie są jego kumple i nieprzyjaciele. W międzyczasie jednak ciągle zakłada strój Spider-Mana by pomagać mieszkańcom. Zwykła frajda. Zmienia się to jednak w momencie, gdy pojawia się tajemniczy Adrian Toomes (Michael Keaton), kierownik budowy, który po niesprawiedliwym wyrzuceniu z pracy, postanawia znaleźć sposób na utrzymanie swojej rodziny. Co noc zatem przywdziewa kostium Vulture’a i wraz z bandą Shockerów sieje zamęt. Peter, dostrzegając to niebezpieczeństwo, postanawia go powstrzymać. Czy jednak mu się to uda? I czy swoją odwagą i wiarą w samego siebie zdoła udowodnić, że jest wart kostiumu Spider-Mana?

Wiele osób zapewne ucieszyło się w momencie, gdy w „Kapitanie Ameryce” pojawił się Spider-Man. I trudno się temu dziwić, bo rzeczywiście Pajączek w tamtym filmie zrobił wielkie wrażenie. Pojawił się bowiem na ekranie na zaledwie parę minut, a i tak chciało się go oglądać. Inni jednak tą walkę traktowali poważnie. Tymczasem dla Petera Parkera była to zwykła rozrywka. Dlatego nasz siusiumajtek bawił się wybornie – nie dość, że zobaczył Avengersów, to jeszcze zwisnął tarczę Kapitanowi Ameryce. A w dodatku w śmieszny sposób nawiązał do pewnych maszyn kroczących z „Gwiezdnych Wojen”. Kiedy jednak Marvel ogłosił, że powstanie osobny film, opowiadający o jego przygodach, naszły mnie spore obawy. Spider-Man pojawił się już bowiem wiele razy na ekranach i niestety – ale czasem robił dobre wrażenie, a czasem złe. Kolejne uwagi można było mieć także względem wyboru reżysera – Jon Watts to bowiem amator, który na swoim koncie miał zaledwie kilka mało znanych filmów. Długo można było zatem się zastanawiać, czy reżyser sobie poradzi. I na całe szczęście tak się stało. Bo „Spider-Man: Homecoming” to przyjemna rozrywka, pełna humoru i… serca.

spiderman_homecoming_image_5.0

W pierwszej scenie po poznaniu tożsamości głównego „złego”, przenosimy się pamięcią do kulminacyjnego wydarzenia z filmu „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów”. Dotyczy ono oczywiście starcia 2 sekcji superbohaterów. Mamy tutaj także Petera Parkera, który jako „siusiumajtek” Tony’ego Starka ochoczo zgadza się mu pomóc. I w tym momencie, przy akompaniamencie bardzo przyjemnej muzyki Michaela Giacchino, skupiamy się na początku, gdzie pojawia się napis: „A film by Peter Parker”. I choć może się wydawać widzowi z początku, że pierwsza scena będzie czymś podobnym co na napisach początkowych w „Deadpoolu”, to dostajemy coś zupełnie innego. Nie dość bowiem, że film Spider-Mana to bardziej relacja, to jego skala wynosi 4:3. Tak więc jest śmiesznie. Na pytanie sztywnego Hogana, dlaczego kręci film, Peter odpowiada: „Because it’s fun”. A później wraca do domu. Widać w nim przemianę – ciągle radosny, ale jakiś taki przygaszony. Bo tam był bohaterem, a tu jest zwykłą osobą. I to stwierdzenie pasuje również do filmu – jest zwykły, a to go czyni wyjątkowym.

Widowisko Jona Wattsa nie jest może co prawda żadnym fenomenem pod względem scenariusza. Ten film nie zmieni także wiele w kinie superbohaterskim. Przez to ta historia może wydawać prosta… ale o to właśnie chodziło. W tym filmie nie chodzi bowiem o nakreślenie skomplikowanej historii. W „Spider-Manie: Homecoming” widz dostaje zwykłą opowieść o zwykłym chłopaku, który z niczego stał się bohaterem. Pamiętajmy jednakże o tym, że jest ona pełna świetnych emocji, które aż mogą wywiercić dziurę w brzuchu ze śmiechu oglądającemu. I choć tego humoru jest wiele, to reżyser wie, kiedy z nim skończyć. I to chyba go właśnie odróżnia od choćby Sama Raimiego. Watts jest bowiem zwykłym, prostym reżyserem i nie próbuje kombinować. Niestety parę wątków jest mocno uproszczonych (relacja Petera z Liz lub Tony’m Starkiem), ale na szczęście nie działa to specjalnie na złe filmowi. I to jest chyba najważniejsze – żeby widz zrozumiał sens tej historii, musi do niej podejść na całkowitym luzie. Widowisko Jona Wattsa to bowiem prosta historia, ale i tak ogląda się ją z wielką przyjemnością od początku do końca.

Sukces nowego „Spider-Mana” nie byłby jednak możliwy bez obsadzenia odpowiedniego aktora do tytułowej roli. Bez bowiem odpowiedniego Petera Parkera, nie byłoby mowy o tym, by produkcja miała sens. W końcu Spider-Man to tak wyróżniająca się postać, że każdy, czytając komiksy z jego udziałem od razu zaczął darzyć sympatią tego Pajączka. W poprzednich filmach były z tym problemy, bo zarówno decyzje Marca Webba, jak i Sama Raimiego, wielu mogły się wydawać niewłaściwe. Przede wszystkim zarzuty były względem Tobey Maguirego, który rzeczywiście nie pasował do tej roli. Zmienił to zaś Andrew Garfield, który w porównaniu do poprzednika potrafił wyrażać swoje uczucia w lepszy sposób. Również jego relacja z Gwen (Emma Stone) była wielkim plusem. Czego jednak zabrakło? Odpowiedniego nakreślenia charakteru. Bo choć w pierwszym filmie mieliśmy szansę go poznać, tak w drugiej nie dowiadujemy się o nim niczego nowego. Ludzie zatem liczyli na to, że w końcu dostaniemy „prawdziwego” Spider-Mana. Do roli kandydowało wielu aktorów, ale rolę otrzymał Tom Holland. Można było mieć co do niego wątpliwości, ale koniec końców okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Holland w roli Pajączka ma w sobie tyle charyzmy, że poza Iron Manem, nikt nie jest w stanie mu dorównać. Aktorowi udało się także zrobić jeszcze jedną niesamowitą rzecz – dzięki jego grze, widz od razu zaczyna lubić Spider-Mana. Nie bez powodu Tom Holland otrzymał nagrodę BAFTA za najlepiej obiecującego się aktora – rzeczywiście w roli Spider-Mana olśniewa blaskiem, pomimo tego, że gra Pająka…

spider-man-homecoming-official-trailer-3_mz6s

Dobre wrażenie robi także aktorstwo na drugim planie. Choć oczywiście żadna z postaci nie jest w stanie dorównać Spider-Manowi, to nawet oni mają swoje momenty. Świetnie spisał się Robert Downey Jr, który jako niezapomniany Iron Man udowadnia, że nawet jako poboczna postać ma wiele do powiedzenia. Jego rozmowy z Peterem pełne są humoru, ale co ważne, Tony Stark koncentruje w nich uwagę widza na najważniejszym z wątków w życiu Parkera: przełamywaniu lęków. A symbolem tego jest właśnie kostium, na który tamten przez cały film stara się udowodnić, że zasługuje. Sporym zaskoczeniem jest ponadto debiutant Jacob Bantalon jako Ned, kumpel Petera, a także niezastąpiony „człowiek na krześle”. Chłopak w jego roli spisuje się bowiem fantastycznie i ma takiego w sobie Powera, że idealnie pasuje do filmów pełnych humoru. Fajna jest także Zendaya w roli „rasistki” Michelle, ale tylko „fajna”. Natomiast średnio zaprezentowała się Marisa Tomei jako ciotka May. Co prawda, aktorka gra nieźle, ale było jej za mało, a także nie do końca udanie twórcy ją przedstawili: Ciocia May w komiksach zawsze wspierała Petera. Tutaj zaś jej pomocnej ręki bardzo brakuje.

Marvel od zawsze imponował w filmach dobrze zarysowaną głównymi bohaterami. Jednak od zawsze, MCU ma problem z przedstawieniem w filmach złoczyńców. I niestety, ale poza paroma przypadkami, czarne charaktery w filmach na ogół nie były ciekawymi postaciami. Również dotychczasowe filmy o Człowieku-Pająku zmagały się z tym problemem. W tym przypadku szczególnie liczono na Zielonego Goblina, któremu jednak zarówno w wersji Raimiego, jak i Webba, trochę brakowało. Wyjątkiem był tylko Dr Octopus, w kreacji Alfreda Moliny. Poza tym brakowało porządnego antagonisty. Tą zmianą miał się okazać Michael Keaton, legendarny aktor, który już niejeden raz udowodnił, że stać go na wiele. Obawiałem się jednak, że w roli antagonisty nie da sobie rady. I na całe szczęście się pomyliłem, gdyż odgrywany przez niego Adrian Toomes to jeden z największych plusów filmu. Keaton wlał w swojego bohatera taką masę emocji, że od razu zwraca on na siebie uwagę. Toomes nie jest jednak kolejnym antagonistą, który chce zgładzić świat. Mu zależy tylko na utrzymaniu rodziny. A co ma zrobić ojciec rodziny, gdy zostaje bez przyczyny wyrzucony z pracy? Vulture nie tylko reprezentuje zwykłych ludzi, ale także tych skrzywdzonych przez Rząd. Dlatego ciężko go nazwać czarnym charakterem. Oczywiście, robi złe rzeczy, ale czyż nie mówi się, że rodzina jest najważniejsza?

Michael Keaton

Podsumowując, „Spider-Man: Homecoming” jest filmem, który pomimo że sam w sobie nie jest niczym specjalnym, to jednak bardzo przyjemnie się go ogląda. A co najważniejsze, w żadnym stopniu nie można go nazwać przekombinowanym. Czy zatem najnowszy jest to udany powrót Człowieka-Pająka na ekrany kin? Moim zdaniem, owszem, gdyż „Spider-Man” dostarcza wiele dobrych emocji przez cały seans. W tym jednak wszystkim jest on widowiskiem zwykłym – nie próbuje być na siłę czymś więcej. Mamy zwykłych bohaterów, zwykły humor i zwykłą akcję. Kiedy na napisach końcowych rozbrzmiewa w tle piosenka zespołu Blitzkrieg Bop „Ramones”, to warto zwrócić szczególną uwagę na słowa, które pojawiają się w refrenie. A brzmią one:

„Hey, ho, let’s go!” – I to krótkie zdanie jest kwintesencją filmu Jona Wattsa. Bo to przede wszystkim ma być przyjemna rozrywka. Tak więc tym wszystkim, którzy obawiali się najnowszej części przygód Człowieka-Pająka mówię jedno: „Hey, ho, let’s go!” 🙂

 

Ocena Filmaniaka:

7/10

2000px-3.5_stars.svg

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s