„Like tears in rain” – recenzja filmu „Łowca Androidów”

dnia

Przyszłość. Temat doskonale znany. W końcu każdy z nas, choćby próbował stanowczo zaprzeczać, musi przyznać, że obawia się tego, co ma nadejść. Ludzie, co zrozumiałe, nie zawsze chętnie wracają wspomnieniami do przeszłości. Tym bardziej, gdy dotknęła ich jakaś trauma. Boimy się także teraźniejszości. W sytuacjach stresowych nie zawsze umiemy opanować strach. Jednak tą najbardziej przerażającą perspektywą jest przyszłość. No bo, w jaki sposób moglibyśmy pokonać takie moce, jak śmierć czy czas? Jak dotąd nikomu nie udało się tego dokonać, ale jeśli się uda, zmieni to sytuację ludzkości. Życie wówczas przestanie stawiać bariery i wszystko stanie się możliwe. Ta perspektywa jednocześnie nas przeraża i fascynuje. To właśnie z tego powodu tematyka przyszłości należy do jednej z najczęściej obieranych we współczesnej kinematografii. I chociaż obecnie pełni ona przede wszystkim rolę rozrywki, to zdarzało się, że ktoś próbował przedstawić swoją koncepcję futurystycznego świata.

Gdyby zastanowić się chwilę dłużej nad tematyką współczesnego kina sci-fi, to można dojść do wniosku, że dominują w nim filmy pełne akcji i efektów specjalnych. Na początku zamysł był jednak zupełnie inny. Filmy te miały być bowiem jak wielka brama, za którą kryje się przyszłość, a przez którą przejść można na niezliczoną ilość sposobów. Pierwszym takim filmem była „Podróż na księżyc”. Później w 1927 roku pojawił się Fritz Lang, a wraz z nim „Metropolis”. Film ten zrewolucjonizował kino, gdyż jego historia była czymś zupełnie nowym. Oto mamy futurystyczne miasto Metropolis, w którym ludzie żyją podzieleni na dwie grupy. Pierwsza z nich to myśliciele, którzy mają plan na życie, ale nie potrafią go zrealizować. Drugą natomiast frakcją są robotnicy – bez problemu osiągają oni swoje cele, ale pomysłów nie posiadają. Wszystko zmienia się w chwili, kiedy syn założyciela miasta, wchodzi do świata robotników… Historia prosta, a jednocześnie niezwykła i niestety niedoceniona. Tymczasem w drugiej połowie lat 70 uwagę widzów zwróciło trio, które dało początek dzisiejszym blockbusterom. Pierwszym z nich był Steven Spielberg, reżyser ciepło przyjętego „E.T.”. Drugim, legendarny twórca „Gwiezdnych Wojen”, George Lucas. Ostatnim zaś okazał się być Ridley Scott, człowiek, który długo poszukiwał swojego miejsca, aż w końcu niespodziewany sukces przyniósł mu horror „Obcy”. Cztery lata później na jego biurku pojawił się scenariusz Hamptona Fanchera, który Scott po wielu namowach zdecydował się wykorzystać. I tak powstał „Łowca Androidów”. Jaka jednak wizja przyszłości została tutaj przedstawiona?

Blade-Runner-Harrison-Ford-android

Widowisko Ridleya Scotta to jedna z pierwszych prób przedstawienia przyszłości. Oto mamy futurystyczną wizję miasta Los Angeles z 2019 roku. Jak się okazuje, zmiany są ogromne. Ludzie nie mają wyznaczonego celu, nigdzie się nie spieszą, niczego nie muszą. „Obecne” ulice są pełne przechodniów, którzy snują się bezwiednie, bez nakreślonego planu. Rozwój technologii osiągnął taki poziom, że każda czynność jest zmechanizowana. Ludzie przestają wchodzić ze sobą w relacje, zdobywają informacje i komunikują się jedynie za pomocą środków łączności. Zostali pozbawieni emocji, stali się obojętni na wszystko i nie dostrzegają zagrożeń, na jakie się narażają. Co więcej, jeszcze bardziej pogarszają swoją sytuację, kiedy wszystkie środki przeznaczają na budowę androidów. Najlepsze z nich, Nexus-6, inteligencją dorównują człowiekowi. Pozorny spokój zostaje zburzony w momencie, gdy czwórka androidów owładniętych strachem przed nieuchronną śmiercią, na czele z Royem Batty’m (Rutger Hauer), opuszcza kolonię i przybywa na Ziemię, by dotrzeć do swoich konstruktorów. W ślad za nimi rusza detektyw Rick Deckard (Harrison Ford), którego zadaniem jest wyeliminowanie zbiegłych replikantów. Czy jednak uda mu się zapobiec niebezpieczeństwu? I kto tak właściwie stanowi największe zagrożenie?

Zanim jednak przejdę do właściwej oceny filmu, warto zwrócić uwagę na to, z jak wieloma problemami musieli zmagać się twórcy tej produkcji. Zacznijmy od tego, że „Łowca Androidów” powstał w oparciu o dzieło Phillipa Dicka pod tytułem: „Czy Androidy śnią o elektrycznych owcach?”. W tamtych latach książka ta była mocno kontrowersyjna, gdyż poruszała temat niemoralności ludzi. Kiedy jednak Hampter Fancher podjął się napisania scenariusza, pojawił się drugi problem: jak zachęcić producentów do sfinansowania produkcji filmu? Do nakręcenia blockbustera sci-fi potrzebowano wówczas co najmniej 10 mln euro. Sporo czasu upłynęło, zanim udało się zebrać minimalną potrzebną kwotę. W takiej sytuacji przed twórcami filmu stanął kolejny problem – doboru obsady. Niski budżet stanowił utrudnienia. A jednak udało się zatrudnić znanego reżysera Ridleya Scotta i obsadzić w roli głównej Harrisona Forda, który sprawdził się w filmach: „Indiana Jones” i „Gwiezdne Wojny”. Niestety to nie był koniec komplikacji. W trakcie kręcenia zdjęć doszło bowiem do konfliktu pomiędzy Scottem, a Fancherem, w wyniku czego ten drugi odszedł z ekipy. Pomimo tak wielu zawirowań „Łowca Androidów” pojawił się na ekranach kin w 1982 roku. I całe szczęście, bo to naprawdę niezwykłe widowisko.

blade-runner-1.jpg

Jedną z pierwszych rzeczy, na jaką widz zwróci uwagę, to niesamowity klimat filmu. Ciągle padający deszcz, wszechobecny mrok przebijany przez smugi światła, billboardy reklamujące pozaziemskie kolonie i wszechobecna kultura azjatycka oraz precyzyjnie wymierzone zbliżenia na twarze aktorów tworzą niezwykły, a jednocześnie niepokojący nastrój. Zdjęcia autorstwa Jordana Cronenwetha to klasa sama w sobie. Już w pierwszej scenie przez ciemne napisy początkowe wyłania się tajemnicze miasto przyszłości Los Angeles. A na dodatek całość doznań potęguje fantastyczna muzyka Vangelisa.

Oczywiście najistotniejsza w filmie jest treść. Nie będę jednak w tym miejscu zagłębiał się w fabułę, chociaż odgrywa ona znaczącą rolę. Dzieło Scotta stawia bowiem przed widzem pytanie o granicę człowieczeństwa i moralności. Los Angeles w roku 2019, to miasto mroku, milczenia i wiecznych tajemnic. Niby świeci światło, które daje pewien blask, ale efekt tak naprawdę jest sztuczny i tylko pozorny. Relacje międzyludzkie są jedynie złudzeniem – ludzie wykrzywiają usta w uśmiechu, ale tak naprawdę nie wyrażają uczuć. Te maski są bardzo dobrze zauważalne na przykładzie Ricka Deckarda.  Główny bohater wydaje się być bowiem bezbarwny, sztywny, podejrzliwy. Nie wyraża emocji i nam też ciężko go polubić. Podobnie jest z samym miastem Los Angeles – bije od niego taki chłód, że chociaż intryguje tajemniczością, to jednak nie zachwyca. W tym miejscu szczególne brawa należą się scenografom, którzy stworzyli niesamowitą aurę tej historii. Ich wizja Los Angeles jest dopracowana do najdrobniejszego szczegółu – mamy futurystyczne zastosowanie nauki, świetne pojazdy, technologię rozwiniętą poza wyobrażalne granice. Na tą właśnie bezsensowną wiarę w postęp technologiczny stara się zwrócić uwagę scenarzysta Hampton Fancher.

529517-1280x800-blade-runner-city

 „Łowca Androidów” to jednak nie tylko film z niezwykłą historią powstania, niesamowitą wizją przyszłości, czy interesującym klimatem. To także produkcja, która imponuje pod względem wybitnej strony wizualnej. Technicznie jest ona na tyle dobrze zrobiona, że nawet dziś, po wielu latach od premiery, wciąż budzi wielki podziw. Efekty specjalne i scenografia wprost szokują swą doskonałością i ani trochę się nie zestarzały. Prawdopodobnie w niewielu filmach zastosowano lepsze efekty komputerowe (a przynajmniej ja tak uważam ;)). W ostatnim czasie powstaje wiele produkcji wysokobudżetowych, które koniec końców okazują się kompletną klapą. Wynika to głównie z przekombinowania twórców, którzy mając środki, nie znajdują umiaru i równowagi między efektami specjalnymi a fabułą i w ten sposób powstaje nudna produkcja, która tylko udaje, że jest czymś więcej. Tymczasem Ridley Scott i producenci nie mieli podobnego problemu przy „Blade Runnerze”. Są oni doskonałym przykładem wykorzystania niedużej ilości efektów specjalnych, które robią wystarczająco duże wrażenie, nie zakrywając jednocześnie fabuły.

Nie można też nie wspomnieć o doskonałych zdjęciach Jordana Cronewetha. Z jednej strony mamy tu bowiem mrok, a z drugiej jaśniejsze barwy, w postaci żółci i czerwieni, które idealnie współgrają ze scenografią, efektami specjalnymi czy ścieżką dźwiękową. I to właśnie muzyka jest kolejną niezwykłością „Łowcy Androidów”. Vangelis, z pochodzenia Grek, spisał się bowiem znakomicie i aż dziw, że za swoją świetnie wykonaną robotę nie otrzymał nawet nominacji do Oscara…

Jeżeli zaś chodzi o dobór aktorów, to moim zdaniem obsada została dobrze dobrana. Co prawda ciężko ją ocenić, gdyż żadnej z postaci nie poznajemy zbyt dobrze, ale mimo to, jestem przekonany, że taki zamysł „niepoznania” miał wzbudzić nasze jeszcze większe zainteresowanie. I to działa, co potwierdza choćby postać głównego bohatera. Rick Deckard jest detektywem w specjalnych służbach policji. Nie jest szlachetny, a wręcz przeciwnie, w wykonywaniu swojej pracy jest bezwzględny. Wyglądem także się nie wyróżnia, sprawia wrażenie przeciętnego. Wcielający się w niego Harrison Ford dostał zatem trudną rolę do odegrania. Znany bowiem z bardzo charakterystycznych i barwnych ról Indiany Jonesa czy Hana Solo, tym razem miał zagrać kogoś, kto przez większość czasu dla oglądającego jest wielką niewiadomą. Ford poradził sobie jednak wyśmienicie. Po raz kolejny pokazał kunszt aktorski. Dobrze ponadto na drugim planie spisali się Edward James Olmos, jako Gaff- Człowiek-Origami i Sean Young w roli pięknej, ale tajemniczej Rachael, będącej asystentką Tyrella, a z czasem partnerką Ricka Deckarda. Niestety role te są marginalne.

Wyraźnie lepiej zarysowane zostały natomiast postaci androidów. Po pierwsze każde z czwórki uciekinierów jest bardzo wyraziste. Zachowuje się trochę, jak dzikie zwierzę. Dotąd zamknięte, teraz wolne. Mamy zatem gruboskórnego „niedźwiedzia” Kowalskiego, przebiegłą „żmiję” Zohrę, a także szaloną Tris o fryzurze „lwicy” i „małpich” umiejętnościach akrobatycznych. Jednak to ostatni replikant – groźny „wilczur” Roy Batty jako przywódca grupy przykuwa naszą uwagę. Bywa on nieprzewidywalny – momentami jest bardzo brutalny i bezwzględny, a innym razem ujawnia skłonności filozoficzne. Postać kapitalnie zagrana przez Holendra Rutgera Hauera i chociaż pojawia się on w ledwie pięciu scenach, to maksymalnie wykorzystuje dany mu czas. Zaś ostatnia scena z jego udziałem, kiedy Roy dosłownie zamienia się w zwierza, zaczyna warczeć, wyć i biegać na czworakach, a na końcu wypowiada słynną kwestię filozoficzną, przejdzie na długo do historii kina. Emocje wyrażane przez androidy, ich walka o przetrwanie, czynią je bardziej ludzkimi od ludzi, którzy są pozbawieni uczuć. Kto zatem w tym filmie jest zły? Ludzie – skazując rebeliantów na pewną śmierć czy androidy, którzy w poszukiwaniu ratunku czynią spustoszenie? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Blade Runner The Final Cut - Roy Batty (Rutger Hauer) © 2015 Warner Bros. Ent (1)

„Blade Runner” to zatem absolutnie niezwykłe widowisko. Co prawda, jego unikalna forma i spore odejście od typowych filmów sci-fi, nie wszystkim się spodobają. Ci jednak, którzy kochają ten gatunek filmowy ze względu na niesamowite pomysły, zachwycą się tą historią od samego początku. Wiele osób można by było pochwalić za wkład w to widowisko, ale największe brawa należą się Ridleyowi Scottowi, który podjął się wyreżyserowania tej produkcji, pomimo śmierci brata. Na jego drodze pojawiało się wiele przeszkód, ale on był z „Blade Runnerem” od początku do samego końca. Obecnie jego widowisko, podobnie jak „Metropolis” jest nazywane klasykiem kina sci-fi.

W jednej z końcowych scen Roy Batty wypowiada słynne zdanie, które przeszło już do historii kina: „I’ve seen things, you people wouldn’t believe. Attack ships on fire on the shoulder of Orion. I watched C-beams gitter in the dark near the Tannhauser gate. All those moments will be lost in time, like tears in rain (…)” – „Wszystkie te momenty zginą w czasie, jak łzy w deszczu”

Może Roy Batty ma rację. Prędzej czy później zapomnimy o ważnych i pięknych chwilach. Ale musimy pamiętać o nich jak najdłużej, tak jak o „Łowcy Androidów”, bo wówczas to nie będą „łzy w deszczu”, a „łzy w blasku”, które na zawsze pozostaną w naszej pamięci.

Ocena Filmaniaka:

9+/10

gwi

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s