„Wielka Małpa, dobra małpa” – recenzja filmu „Kong: Wyspa Czaszki”

dnia

Potwory towarzyszą nam na wielkim ekranie od kilkudziesięciu lat. Wówczas jednak wydawało się, że pomysł na nakręcenie historii o dużym monstrum nie ma żadnego sensu. A teraz prawie co roku w kinach pojawia się film o tej tematyce. Okazuje się, że wielu ludziom podobają się propozycje z tego gatunku. W jaki jednak sposób filmy o potworach osiągnęły dzisiejszą popularność? Musimy się przenieść do chwili, gdy w 1933 r. pewien weteran I wojny światowej, zainspirowany obserwacją goryli, postanowił nakręcić film, w którym bohaterem uczynił Wielką Małpę…

Jego nadzwyczajna historia zaczęła się w początkach XX wieku, gdy na świecie wybuchła I wojna światowa. W 1917 r. przystąpiły do niej Stany Zjednoczone, które wysłały do Europy kilkanaście tysięcy żołnierzy, wśród których znalazł się porucznik Merian C. Cooper. Po wygranej wojnie dołączył on w Paryżu do amerykańskiej akcji humanitarnej ARA. W ten sposób pilot trafił do Lwowa i gdy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, wrócił na pole walki. Po kilku miesiącach trafił jednak do rosyjskiej niewoli, skąd uciekł i wrócił do swojej ojczyzny.

Po powrocie Merian C. Cooper wyraźnie szukał swojego miejsca. Został producentem filmowym w Hollywood. Podróżował po świecie i kręcił filmy dokumentalne. Trafił też do Afryki, gdzie najbardziej zainteresowały go… goryle. Tam przyszedł mu do głowy pomysł o nakręceniu filmu o wielkiej małpie. Tak właśnie w 1933 r. powstał „King Kong”. Sukces filmu był tak ogromny, że jeszcze w tym samym roku pokazano jego sequel, „The Son of Kong”. Tymczasem w 1976 r. w kinach pojawił się kultowy film Johna Guillermina na nowo opowiadający o Wielkiej Małpie, który do dzisiaj jest w pamięci wielu widzów. Chyba jednak najsłynniejsza wersja przygód tego potwora to ta z 2005 r. – mowa tu o „King Kongu” Petera Jacksona. Piękna wyspa, walka o przetrwanie i perfekcyjnie stworzony Kong – tego nie można zapomnieć. Warto jednak zauważyć, że film Jacksona stanowi remake wersji z 1933 r. Tymczasem dekadę później producenci „Godzilli” zdecydowali się jeszcze raz przypomnieć widzom Wielką Małpę. Czy jednak jego powrót okazał się udany? I czy na ekranie rzeczywiście króluje King Kong?

film_za_darmo_kong_wyspa_czaszki.jpg

Mamy rok 1973. Trwająca od 11 lat wojna w Wietnamie dobiega końca. Niepokonane Stany Zjednoczone próbowały powstrzymać komunizm. Skończyło się to jednak na beznadziejnej wojnie prowadzonej w dżungli. Zginęło kilka milionów ludzi. Amerykańska potęga została zachwiana. W końcu rząd w 1973r. zgadza się na podpisanie niekorzystnego traktatu pokojowego. Nie dla wszystkich jednak oznaczało to porażkę. Dla naukowców, Billa Randy (John Goodman) i Houstona Brookesa (Corey Hawkins) był to cud, gdyż w ten sposób uzyskali zgodę na przeprowadzenie tajnej ekspedycji na ostatniej niezbadanej wyspie. Potrzebują jednak do tego doświadczonego zespołu. Dlatego w podróży towarzyszy im eskadra helikopterów Sky Devils pod dowództwem podporucznika Prestona Packarda (Samuel L. Jackson). Do wyprawy dołącza także tropiciel James Conrad (Tom Hiddleston) oraz fotografka Mason Weaver (Brie Larson). Wspólnie wyruszają na misję, która z początku wydaje się być prosta. Na ich drodze staje jednak gospodarz Wyspy Czaszki. Niewinna ekspedycja naukowa zamienia się wówczas w walkę o przetrwanie. A kto jest prawdziwym wrogiem? Człowiek, czy Wielka Małpa?

Przyznam szczerze, że pomysł przypomnienia King Konga wydawał mi się bez sensu. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z tego, że premiera przyciągnie wielkie rzesze widzów. Byłem jednak sceptycznie nastawiony do filmu Jordana Vogt-Robertsa. Mimo to miałem cichą nadzieję na to, że wyjdzie z tego coś dobrego. Blockbustery mają jednak to do siebie, że często ich zapowiedzi wypadają dobrze bo rozbudzają wielkie nadzieje. Niestety, po premierze długo zapowiadany blockbuster często okazuje się średniakiem i ludzie czują się oszukani. Dotyczy to także filmów o potworach. Weźmy na przykład „Godzillę” z 2014 r. Pod względem wizualnym dzieło, ale fabuła jest schematyczna i nudzi. Poza tym tytułowy jaszczur pojawia się na ekranie na co najwyżej przez 5, czy 10 minut.  Tymczasem najnowszy King Kong nie wpisuje się w ten schemat, bo na wielkim ekranie prezentuje się niemalże równie okazale, co w zwiastunach…

KONG: SKULL ISLAND

To, co czyni film Jordana Vogt-Robertsa udanym rebootem, jest to, w jaki sposób twórcy podeszli do sprawy. Po końcowym efekcie widać bowiem, że producenci wiedzieli, w jakim celu chcą stworzyć to widowisko. To samo można jednak stwierdzić o wielu ostatnich „dziełach”, które również często wyróżniała dobra koncepcja. Co zatem w ich przypadku zawiodło? Twórcy zwykle dobrze zaczynali, ale co z tego, jeśli później chcieli tylko więcej i więcej? Nie bez przyczyny na świecie funkcjonuje zasada: „im prościej, tym lepiej”. Często bowiem rozsądniej jest nakręcić proste, nieprzekombinowane widowisko, niż stworzyć efekciarski, ale jednocześnie niezrozumiały film. Właśnie na tym polega główny grzech „Godzilli”. „Kong: Wyspa Czaszki” tymczasem taki nie jest. Oczywiście, na ekranie rządzą efekty specjalne, ale co ważne – twórcy z nimi nie przesadzili. Dzięki temu film zyskuje na spójności i może spodobać się widzowi.

Nowy King Kong stoi także na całkiem dobrym poziomie pod względem wizualnym. Większość bowiem aspektów płynnie ze sobą współgra, tworząc spójną całość. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że podobne wrażenie można było odczuć, oglądając ostatni monster movie, czyli „Godzillę” w reżyserii Garetha Edwardsa. Tam również twórcy dobrze zrealizowali swój film. Mroczny klimat powodował zaś, że widz utrzymywany był w ciągłym napięciu. Ten świetny zabieg popsuł jednak beznadziejny scenariusz. I niestety, ale podobnie ma się sprawa z najnowszym „Kongiem”. Co prawda, tutaj to akcja i tajemniczość dominują na ekranie, ale są one także przeplatane chwilami humoru. I w tym przypadku Jordan Vogt-Roberts dobrze sobie poradził. To nie jest doświadczony reżyser, a jednak zdał egzamin, choć nie na najwyższą ocenę. Niestety niszczy ją kompletnie nieprzemyślany scenariusz autorstwa Maxa Borensteina, Derka Connolly’ego oraz Dana Gilroya. Błędem twórców w tym przypadku było to, że zdecydowali się na dobranie ludzi, którzy nigdy ze sobą jeszcze nie współpracowali. A przecież każdy z tych scenarzystów miał już do czynienia z filmem akcji. W przypadku Borensteina była to „Godzilla”, dla Connolly’ego takim filmem był „Jurassic World”, zaś w przypadku Gilroya można wskazać „Wolnego strzelca”. Problem polega na tym, że każdy z nich ma inną koncepcję na kino przygodowe i niestety, ale ten „koktajl” czuć na ekranie.

Na uwagę widza zasługują zaś świetne zdjęcia Larry’ego Fonga. Fantastycznie budują one klimat widowiska i sprawiają, że trudno oderwać wzrok od ekranu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Fong już nie pierwszy raz udowadnia, że jest uzdolnionym operatorem. Swoje próbki umiejętności pokazał już m.in. w „300”, gdzie zdjęcia budowały klimat starożytnej Grecji. Tymczasem w „Batmanie v Superman”, Fong postawił już wyłącznie na ciemne kolory. Natomiast w „Kongu” mamy do czynienia z jego nowym pomysłem. Początkowo dominują tutaj ciepłe barwy w postaci czerwieni i żółci. Tymczasem po pojawieniu się Wielkiej Małpy jest więcej mroku. Co ciekawe, nie jest on jednak przedstawiony przez czerń, a za pomocą zamglonego powietrza. I to robi wrażenie. Natomiast Henry Jackman, autor ścieżki dźwiękowej, dobrze uzupełnia klimat widowiska, choć szkoda, że nie stworzył czegoś specjalnego.

kong-compare-top-facebookJumbo-v2

Jednym z najtrudniejszych zadań dla twórców filmów o potworach jest dobre wykreowanie postaci. Wiadomo bowiem, że to monstra powinny być najważniejsze. Czym jednak byłyby te widowiska, gdyby na ekranie nie pojawiali się w ogóle ludzie? Jak widzowie i krytycy odebraliby film, w którym to efekty specjalne miałyby główne znaczenie? Zdaje się, że takie „dzieło” nie zostałoby docenione. Podobnie jest z historiami o potworach. Obecność ludzi jest konieczna, jednak trudno przedstawić ich postacie. I doskonałym tego przykładem jest „Kong”, gdzie bohaterowie pomimo starań, wciąż są tłem dla Wielkiej Małpy. Jedną z takich postaci jest kapitan James Conrad. Pomysł na tego bohatera był dobry. Na dodatek w jego rolę wciela się Tom Hiddleston, czyli niezapomniany Loki. Nie do końca to jednak wyszło, bo nie wykorzystano potencjału aktora. odobne uwagi można mieć względem Brie Larson. Jej bohaterka również otrzymała stosunkowo mało czasu w porównaniu do Naomi Watts. Dobrze jednak, że zdecydowano się na zmianę po tej niezdarnej Ann z maślanymi oczkami. Problem z Mason Weaver jest jednak taki, że jej postać jest niezauważalna.

king kong skull island

Nie można tego samego zaś powiedzieć o Samuel L. Jacksonie. Jego postać wyróżnia się. Tutaj nawet scenarzyści dali Prestonowi Packardowi duże pole do popisu. Natomiast aktor może i swoją mimiką dobrze ukazał wojowniczy temperament bohatera, ale czasami aż nie da się patrzeć na jego głupotę (pomysł z zabiciem Konga jest absurdalny, podobnie jak jego koniec). Cieszy również to, że na ekranie mogliśmy zobaczyć Johna Goodmana. Tym razem wcielił się on w postać Billa Randy – naukowca, który od wielu lat starał się o sfinansowanie ekspedycji na Wyspę Czaszki. Do jego roli nie można mieć żadnych uwag. Szkoda tylko, że i jemu poświęcono mało czasu. Największe pochwały należą się natomiast najbardziej zaskakującej postaci – mowa tu o Hanku Marlow. Kluczem do jego sukcesu jest to, że dostał dużo czasu na wykazanie się. Co ważne, wcielający się w niego John C. Reilly nie zmarnował szansy. To tak ciekawa postać, że momentami przyćmiewa ona samego Konga.

Kong-Skull-Island-Marlow-Spin-Off-John-C.jpg

Czy zatem widowisko Jordana Vogt-Robertsa to udany powrót legendy kina? Czy ten film jest godny obejrzenia? Moim zdaniem, owszem, ale pod warunkiem, że lubicie zwykłe kino przygodowe. Ja oczekiwałem po tym widowisku jedynie dobrej rozrywki. Jak pewnie większość, chciałem dużo akcji, Konga i pasjonujących pojedynków. I to dostałem, choć nie na najwyższym poziomie. „Kong: Wyspa Czaszki” to całkiem niezła rozrywka, pomimo bardzo szczątkowej fabuły, na którą warto poświęcić swój czas. Nie jest może idealna, ale błędy te bledną częściowo na tle świetnych efektów specjalnych. Ta tajemnicza wyspa, ciekawe krajobrazy i potwory – to wszystko buduje klimat. I w końcu Kong. Niby już nie jest Królem, ale wciąż robi duże wrażenie. I wydaje się już bardziej męski, a nie przypomina pawiana z podniesionym tyłkiem. Tak więc na ekrany powrócił Kong – ale to nie przerośnięta, 30-metrowa małpa, ale prawdziwy, dobry King Kong.

 

Ocena Filmaniaka:

6+/10

three-stars

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s