„Ideał Piękna i Miłości” – recenzja filmu „Nić widmo”

dnia

Tuż przed rozdaniem Oscarów prezentuję Wam moją ostatnią recenzję Oscarową, dotyczącą filmu „Nici widmo” w reżyserii Paula Thomasa Andersona, który w tegorocznych Oscarach zdobył aż 6 nominacji w kategoriach: Najlepszy Film, Najlepszy Aktor (Daniel Day-Lewis), Najlepsza Aktorka Drugoplanowa (Lesley Manville), Najlepszy Reżyser, Najlepsza Muzyka, Najlepsze Kostiumy. Życzę miłego czytania 🙂

 

Jak pięknie być osobą idealną… Odczuwać spełnienie, mieć w swoim życiu prawie same sukcesy, w każdym momencie mieć możność liczenia na rodzinę, rozwijać swoje pasje, zainteresowania, być powszechnie uznanym, a u boku stać z piękną małżonką lub przystojnym mężczyzną. Wielu z nas zależy na życiu w taki właśnie, mogłoby się wydawać, przepiękny sposób. Ale prawda często okazuje się być zupełnie inna. Nie jesteśmy idealni, miewamy swoje gorsze cechy i nie każdy z nas jest stworzony do tego, by być „wielkim człowiekiem”. Lecz czy określenie „wielkiego człowieka” odnosi się jedynie do tych utalentowanych i znanych na całym świecie artystów? Czy osoba zwykła, taka jak my, też nie może być idealna? Na to jednak pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, bo to od nas samych zależy, czy uznajemy siebie za kogoś wartościowego, kto uznaje, że ma sens życia.

Idealizm można by było krótko określić jako odczucie spełnienia, kiedy mamy wszystko, na czym nam zależało. Lecz czy w ogóle istnieją osoby idealne? A może to jedynie wymyślona przez nas fraza, którą mężczyźni używają by okazać miłość swojej damie serca? Reżyser Paul Thomas Anderson w swoim najnowszym filmie, skupiającym się na historii słynnego krawca Reynolda Woodcocka zdaje się próbować zinterpretować to niezwykle rzadkie uczucie jako coś w czym należy się zauroczyć i zachwycić, tak żebyśmy nigdy o tym nie zapomnieli. W przypadku „Nici widmo” nie stanowi to jednak żadnej komplikacji bo w tej historii aż ciężko się nie zakochać i nie odczuć w głębi serca wewnętrznego spełnienia…

phantomthread2

„Nić widmo” opowiada o autentycznej historii jednego z najwybitniejszych w dziełach krawca w latach 50, Reynolda Woodcocka (ostatnia, pożegnalna rola Daniela Day-Lewisa), który wydaje się mieć wszystko w swoim życiu, o czym większość ludzi mogła by sobie tylko pomarzyć: robi piękne suknie, ma kochającą siostrę Cyril (Lesley Manville), na którą zawsze może liczyć, wierną służbę, powszechne uznanie, piękny dom, wielkie pieniądze i możliwość robienia na co dzień, czegoś co się kocha. A jednak mu to nie wystarcza. Reynold wciąż poszukuje bowiem nadaremnie w swoim życiu cząstki, która by mogła sprawić, że w końcu poczułby się spełnionym. I nie pomagają mu w tym kolejne sukcesy na galach mody, czy fakt, że jego wena twórcza imponuje wszystkim. Wtedy jednak w jego życiu pojawia się Ona – piękna, młoda, bystra, niezwykle uprzejma, emocjonalna Alma (Vicky Krieps), która wydaje się być tym od dawna szukanym przez Reynolda prawdziwym wzorem ideału. I tak między nimi zaczyna się rodzić piękne uczucie… Lecz niepewny Woodcock nie jest w stanie wyznać swojej „miłości” przez swój strach przed straceniem „idealnego życia”. W ten sposób zaczyna plątać się we włansej pajęczej sici, z jednej strony skazując tym samym siebie na życie w samotności, a z drugiej wciąż usilnie szukając szczęścia. Czy więc uda mu się zrozumieć, że do uczucia spełnienia wcale nie trzeba być idealnym, a jedynie… pełnym miłości?

Paul Thomas Anderson to niewątpliwie jeden z najbardziej utalentowanych i niezwykle niezależnych twórców filmowych. Przede wszystkim imponuje mi w nim fakt, że on nigdy nie zdecydował się na zrealizowanie zwykłego, niższowego dzieła, za które oczywiście by otrzymał wielkie pieniądze… A on tego nie zrobił. Ktoś by mógł spytać: Czemu? W końcu kino to obecnie idealne miejsce na rozkręcenie biznesu, o czym wiedzą coś choćby doskonale szefostwo Disneya. Paul Thomas Anderson nie zalicza się jednak do tych wszystkich reżyserów, których filmy regularnie możemy oglądać na ekranach kin. Reżyser „Mistrza”, czy „Aż poleje się krew” stara się bowiem przede wszystkim w swoich kolejnych widowiskach poruszyć ważne i często przez to niezwykle ciężkie tematy. Robi to jednak w sposób subtelny, starając się zawsze zasugerować widzowi wyjście z trudnej sytuacji. Nie jest to proste, by wpłynąć na widza nieznaną mu przedtem historią, ale Anderson niewątpliwie posiada w sobie ten dar, tak samo jak wielki poeta Hans Christian Andersen, którego powieści powstały w XIX wieku i do dnia dzisiejszego cieszą się wielką sławę z powodu ich niezwykłej uniwersalności. Reżyser „Nici widmo” po raz kolejny zaś udowadnia, że pod względem kreowania niezapomnianych, mądrych opowieści za pomocą jedynie cienkich nitek jest po prostu mistrzem. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Znalezione obrazy dla zapytania lesley manville phantom thread

Niesamowity już jest sam fakt, w jaki sposób reżyser buduje historię swojego najnowszego filmu. Proszę się jednak w tym miejscu nie łudzić, nie ma tu ani jednej sceny akcji (no może poza 2 scenami szybkiej jazdy samochodem, genialnie nakręconej i zestawionej sekwencyjnie przez autora zdjęć… Uwaga, także Paula Thomasa Andersona), ale i tak ta niezwykle unikalnie opowiedziana opowieść wzbudza w widzu wiele niezapomnianych emocji, o których gwarantuję, że na prędko nie będzie mu dane zapomnieć. „Nić widmo” sprawia bowiem wrażenie spowolnionej, ciągnącej się tak jak nić, którą wciąż wyciągamy aż do największej długości by w końcu ocenić jej rozmiar. Film Andersona też jest taką „nicią”, bo nie łączy go jedynie z nią tytuł, ale także fascynujący etap jego poznawania. Krok po kroku zostają nam bowiem tutaj odsłonięte kolejne karty, które wydają się ciągnąć w nieskończoność. Wielu co prawda nie sposoba się taki sposób opowiadania historii, bo by im pewnie bardziej zależało na poskładanej historii. „Nić widmo” stanowi jednak pewien niezaprzeczalny fakt tego, że uczucia i emocje są niezwykle złożonymi elementami, na które opowiedzenie nie wystarczą nawet 2 godziny filmu. A jednak Anderson w tym krótkim czasie niezwykle udanie przedstawia nam w niebanalny sposób liczne uczucia, lęki i marzenia osoby pragnącej za wszelką cenę odczuć spełnienie i miłość w swoim życiu…

Miłość w wersji „Nici widmo” to jednak nie powierzchowne buzi-buzi, mówienie sobie codziennie „Kocham Cię”, przytualnie się, wygibasy w łóżku, czy wieczorne spacery nad brzegiem morza w cieniu zachodzącego słońca… Tutaj zostaje to przedstawione w wersji pewnego powolnego, ale niezwykle intrygującego etapu poznawania siebie nawzajem. Tak jakby reżyser stara się nam zwrócić uwagę, że do prawdziwej miłości nie wystarczą jedynie wielkie emocje, ale piękno postrzegania dwóch osób kochających siebie jako kogoś niezwykłego, którego wciąż chce się poznawać… ale żeby to nigdy się nie skończyło. Sam bowiem Reynold traktuje miłość jako coś bardzo osobliwego, czy wręcz osobistego. Odrzuca kolejne kobiety, ale nie dlatego, że uważa je za brzydkie, grube, czy nudne (choć jego zachowanie mogłoby na to wskazywać), ale z tego powodu, że żadna z nich nie postarała się nawet go bliżej poznać… zrozumieć jego chęć bycia idealnym i nieskończonego niedosytu. Alma jednak jest zupełnie inna… Nie wiemy skąd się wzięła, jak wyglądało przedtem jej normalne życie. Wiemy tylko, że niezwykle kocha i czaruje ją Woodcock. Ale nie tym, że jest znanym krawcem, a samą swoją osobowością i tajemniczością. Taka prawdziwa miłość, wypowiadana co prawda za pomocą słów „Kocham Cię”, ale o tak niesamowitym znaczeniu z połączeniem wzroku, naprawdę mogłaby zdziałać cuda… ale czy jest ona także wyleczyć człowieka niespełnionego?

Znalezione obrazy dla zapytania daniel day lewis phantom thread

Osobny temat porusza natomiast idealizm w tym filmie. Według Andersona jest to bowiem uczucie ciągłego szukania kolejnej cząstki w samym sobie, a nie zwykłego spełnienia. I rzeczywiście coś w tym jest. Jak wiele obecnie spotyka się ludzi, starających się udowodnić światu, że ich na coś stać, że mogą zrobić coś wielkiego. A w tym wszystkim często zapominają oni o drugim człowieku, skupiając się na własnej pracy, na powierzchownej myśli, że robi się to „co się kocha”. A tak naprawdę to niewolnik takiej osoby, co idealnie przedstawia w „Nici widmo” reżyser „Mistrza”. Reynold sprawia bowiem wrażenie człowieka opuszczonego, ciągle przygarbionego, będącego w innym świecie. Nawet najmniejszy szelest (np. smarowania kanapki masłem) mu przeszkadza. On wciąż o czymś myśli. Ma ustalony rozkład i ciągle się go usilnie trzyma. Dlatego nawet najmniejsze „niespodzianki” uznaje on za zdradę i chęć morderstwa. Czytając to może brzmi to dziwnie, ale taka jest prawda. Ludzie szukający bowiem usilnie spełnienia z czasem ogradzają się przed innymi barierami i w ten sposób skazuje siebie nie na szczęśliwy, a pełen smutku i braku szczęścia byt… który odmienić może tylko zrozumienie prawdziwego piękna ideału.

Ten jednak wielowymiarowy sens „Nici widmo” nie byłby jednak możliwy bez odpowiednio idealnej zewnętrznej otoczki. Tylko bowiem przez nią dałoby się oddać to, co jest w tym filmie najważniejsze – poczucie spełnienia. Na całe szczęście nie ma z tym ani jednego najmniejszego problemu bo w tym filmie wręcz wszystko wizualnie i kostiumowo jest opanowane do najczystszej perfekcji. Oczywiście szczególnie wielkie wrażenie na widzu mogą zrobić niezwykle świetnie zrobione kostiumy i stroje pełne gracji, piękna i… idealizmu. Niesamowicie oddają one klimatykę i głęboki, zmuszający do myślenia klimat filmu. Są one tak urocze, tak przepiękne, że nic tylko się zachwycać nimi na głos podczas oglądania. Osobne pochwały należą się zdjęciom Andersona, które genialnie budują piękną, tylko powierzchowną „pustkę” w życiu Woodcocka. Największe jednak brawa chciałbym złożyć Jonnowi Greenwoodowi, którego ścieżka dźwiękowa jest tak niesamowicie precyzyjnie skomponowana, że aż serce widza podskakuje jak mężczyzny na widok pięknej kobiety. I jest ona świetnie złożona – czasem Greenwood uderza bowiem w mocne rytmy, gdzieniegdzie w te dramatyczne, by na końcu dać upust swej miłości poprzez niesamowicie emocjonalny końcowy wydźwięk.

Znalezione obrazy dla zapytania lesley phantom thread

Największy zachwyt „Nić widmo” wzbudza jednak dopiero wtedy, gdy na ekranie pojawia się Daniel Day-Lewis, który w roli zmęczonego i szukającego szczęścia Reynolda Woodcocka bezsprzecznie zalicza swoją kolejną rolę życia. Sporo się już mówiło o jego roli w tym filmie w kontekście pożegnalnej roli z światem kina. A już za parę godzin zostaną rozdane Nagrody Akademii Filmowej, w której Daniel Day-Lewis ma szansę o powalczenie o czwartej statuetki. I nie wiem czy wygra, bo pewnie nie ze względu na świetną rolę Gary’ego Oldmana w „Czasie Mroku”, ale myślę, że o nim też warto pamiętać, bo w filmie Andersona spisał się arcygenialnie. Tak niesamowitej gry aktorskiej stonowanej z niezwykłymi umiejętnościami ukazywania emocji nie widziałem u nikogo innego… A scena złości podczas kolacji z powodu podania szparagów z masłem, a nie olejem, to kolejny przykład jego mistrzowskiej gry aktorskiej. Jeśli więc Day-Lewis nie zmieni zdania i rzeczywiście postanowi opuścić kino po tym filmie, to myślę, że nie ma się czego wstydzić: bo tak pięknego zwieńczenia swojej kariery aktorskiej każdy mógłby sobie tylko pomarzyć… to po prostu czysty geniusz, o którym świat nigdy nie powinien zapomnieć.

Na koniec warto też wspomnieć, że ponadto na drugim planie dobrą rolę zalicza także Lesley Manville, w roli siostry Reynolda, Cyril, którą tamten z miłością nazywa „staruszka”. Jako niejednoznaczna postać aktorka wzbudza coraz większą fascynację widza, a jej wątek więzi z bratem został świetnie przedstawiony. Nie uważam jednak tej roli godnej nagrodzenia Nagrodą Akademii Filmowej. Zupełnym zaskoczeniem z kolei okazała się dla mnie z kolei świetna kreacja młodziutkiej Vicky Krieps w roli Almy (nie mylić z tym supermarketem! ;)), która jako ukochana Woodcocka dzielnie dotrzymuje kroku starszemu prartnerowi. Oczywiście nie jest to idealna rola bo z początku aktorka wydaje się trochę sztywna, ale nie oszukujmy się: ten film w zasadzie należy tylko do jednego mistrza…

phantom-thread-ddl

„Nić widmo” to zatem dzieło niezwykłe, mądre, niesamowicie emocjonujące, o którym widz na długo po jego skończeniu nie będzie w stanie zapomnieć. Paul Thomas Anderson nie przedstawił nam bowiem zwykłej historii o miłości dwojga ludzi, a opowieść o tym, że warto do samego końca poszukiwać sensu i szczęścia w swoim życiu. To także niezwykle uniwersalne dzieło, opowiadające o chęci „bycia idealnym” i o tym, jak próba tego osiągnięcia za wszelką cenę może nieść za sobą poważne konsekwencje w postaci osamotnienia i braku miłości. „Nić widmo” co prawda nie jest widowiskiem idealnym, bo momentami trochę się dłuży, a zakończenie sprawia wrażenie zbyt „upiększonego”, ale i tak jestem szczęśliwy po jego obejrzeniu, bo dawno nie widziałem tak mądrego, a zarazem niezwykle uniwersalnego i pełnego emocji obrazu. Film Andersona to nie tylko przykład współczesnego kina niezależnego, ale także przepiękne pożegnanie z Danielem Day-Lewisem, prawdziwym mistrzem, którego występ w „Nici widmo” jest idealnym zwieńczeniem wybitnej kariery aktorskiej.

Takie filmy rodzą się właśnie po to, by być dla widza niezwykłym doznaniem, takim, o którym będzie jeszcze na długo wspominał. Człowiek chce być idealnym. Kto by tego nie chciał? Mogłoby mu się zatem wydawać, że takie uczucie jest odległe, nieosiągalne. Ale tak nie jest. Do pełnego spełnienia wystarczy bowiem zrobić jedynie jedną rzecz: przestać myśleć o sobie jako człowieku idealnym, a po prostu to w sobie poczuć… bo tylko wtedy w naszym sercu może się narodzić prawdziwy Ideał Piękna i Miłości.

 

Ocena Filmaniaka:

9/10

gwi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s