„Melodyjna symfonia księżycowa” – recenzja filmu „Pierwszy człowiek”

And I think to myself what a wonderful world” – Louis Armstrong

Od pokoleń nazwisko Armstrong kojarzy się społeczeństwu z pasmem sukcesów i zwycięstw, o których świat z całą pewnością jeszcze na długo nie zapomni. W końcu człowiek o tym nazwisku to nie tylko astronauta, ale jednocześnie wybitny muzyk i wokalista jazzowy Louis Armstrong, którego do dnia dzisiejszego uznaje się za jedną z największych ikon w całej muzyce i popkulturze. Ten drugi nigdy nie uznawał siebie za gwiazdę i musiał się często zmierzyć z licznymi problemami, skupiającymi się w większości w tematyce rasistowskiej. Jak sam jednak mawiał „Życie jest jak trąbka w orkiestrze jazzowej. Jeśli nic w nią nie tchniesz, nic z niej nie wyjdzie„. Louis wierzył w swoje powodzenie w karierze muzycznej, był prawdziwym marzycielem. W jednej z najbardziej ikonicznych piosenek własnego autorstwa sam zaśpiewał w refrenie kultową, sentencję: „What a wonderful world„, w której podkreślał, że nie warto zamartwiać się nad złem świata, a zamiast tegotego przyczy się do tego, by nasza Ziemia stawała się jeszcze piękniejsza… Ktoś by mógł rzec, że to przesadny optymizm i brak obiektywności. Czy jednak bycie marzycielem to coś złego?

Jednym z innych takich marzycieli był w końcu Neil Armstrong, wybitny amerykański astronauta, który jako pierwszy dokonał niezwykłego cudu i wbrew wielu przeciwnościom losu dokonał rzeczy niemożliwej, gdyż na uznawanym za nieosiągalnym dla ludzkości mitycznym Srebrnym Globie mu udało się wylądować. Gdy bowiem 16 lipca 1969 roku amerykański wspólnie z Edwinem Buzzem Aldrinem oraz Michaelem Collinsem (bez udziału tego trzeciego) mieli wylądować na piekielnej białej bestii, to zapewne nikt nie wierzył w powodzenie tej niezwykle ryzykownej misji Apollo 11. A oni jednak pomimo wszelkim przeciwnościom losu, trudnościom i zwątpieniu zdołali tego dokonać i w ten sposób Neil Armstrong cztery dni później o godzinie 20:17 postawił pierwszy krok… na Księżycu. Jak jednak udało mu się tego dokonać? Czy była to podróż bez problemów? Nie. Z całą pewnością bowiem, Neil decydując się na udział w tej wyprawie podjął wielkie ryzyko, naraził się na spore niebezpieczeństwo i nie mógł być do samego końca pewny tego, czy wyjdzie cało z tej „przygody”. A jednak znowu: mu się to udało. Dlaczego? W czym tkwi jego geniusz? Damien Chazelle, twórca niezwykłego emocjonalnego show w „Whiplashu” i musicalu o dwójce marzycieli w „La la Land” postanowił tym razem przedstawić kulisy jednego z najbardziej ważnych momentów w historii całej ludzkości, a tym samym ukazać Neila Armstronga nie od strony bohatera i ikony świata, a zwykłego bohatera. Czy jednak wyszedł on z tego boju cało? Ktoś ponownie mógłby rzec, że wzięcie się za warsztat za tak znaną historię jest niezwykle ryzykownym pomysłem, który w efekcie może przynieść za sobą złe skutki. Damien Chazelle nie należy jednak do ery zachowawczych twórców filmowych, bojących się podjąć jakiekolwiek wyzwanie, a do istnych marzycieli, kochających kino za jego oryginalność i piękno. A jak to słynna sentencja po raz kolejny potwierdza – Świat należy do marzycieli

Neil Armstrong (Ryan Gosling) jest zwykłym człowiekiem. Ma dom, dobrą i kochającą go żonę Janet (Claire Foy) oraz piękne dzieci. Ale jednocześnie jest pilotem. Pilotem, który każdego dnia zmuszony jest do podejmowania ryzyka i nigdy nie ma pewności, czy wyjdzie żywcem z misji. W ten sposób jego życie to ciągły stres… i samotność, gdy samemu w kabinie kieruje rakietowymi samolotami doświadczalnymi. Ta samotność sprawia, że Neil wycofuje się z życia społeczeństwa, a także rodzinnego, mierząc się samemu z własnymi słabościami i porażkami. Mimo to jest on powszechnie doceniany za swoją pracę i poświęcenie. Gdy jednak po raz kolejny z rzędu podczas jednego z jego lotów próbnych coś mu się nie powodzi, to dowództwo podejmuje decyzję o czasowym uziemieniu swojego pilota. Dla Armstronga jest to prawdziwy szok i niezrozumienie, ale kompletna katastrofa nastąpiła chwilę później – gdy w tym samym roku 1962 zmarła mu córeczka Karen w wyniku nieuleczalnej choroby w wieku zaledwie 3 lat. Po tym wydarzeniu Neil kompletnie się załamał, lecz wtedy w wąskim tunelu pojawiło się dla niego światełko: otóż NASA zaczęła zatrudniać pilotów do tajnego programu „Apollo 11”, w ramach którego główną misją jest wylądowaniu  na przez nikogo dotąd nie zdobytym Księżycu i tym samym wyprzedzenie USA w wyścigu zbrojeń ich nieodłącznego rywala, ZSRR. Neil odnajduje w tej misji swoje powołanie i szansę na ukojenie bólu… Czy jednak będzie on w stanie stawić czoła swojej tragicznej przeszłości i dokonać cudu niemożliwego, dzięki któremu zapisze się w historii całego świata?

Księżyc to jak podaje ogólna definicja geograficzna ciało niebieskie i jedyny satelita Ziemi. Czym jednak był w rzeczywistości ten „Srebrny Glob” dla ludzkości? Dlaczego naszemu społeczeństwu w XX wieku tak bardzo zależało na jego zdobyciu? Niewątpliwie niezwykle kluczową kwestię w tym temacie odegrała Zimna Wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Związkiem Radzieckim, która pomimo wielu bolących faktów, przyczyniła się jednocześnie do niezwykle istotnego faktu: a mianowicie rozwoju – zarówno pod względem naukowym, jak i technicznym. Zdobycie Księżyca gwarantowało zatem dla władz USA i ZSRR dostęp do nieograniczonych terenów, a także późniejszego zamontowania tam… broni kosmicznej. Ponowie jednak moje wcześniejsze pytanie: Czym był Księżyc dla zwykłych ludzi? Odpowiedź brzmi: Tajemnicą. Tajemnicą, którą bano się zbadać, czy to w zakresie możliwości odkrycia „cywilizacji pozaziemskich”, czy samego braku wydatków na zorganizowanie takiej odysei kosmicznej. Księżyc był więc dla ludzi w ówczesnych latach niczym brama do dalszego odkrywania Wszechświata, który jak wiemy jest nieskończony… W wielu momentach zachwycano się nad chęcią poznania tego nieodłącznego towarzysza Ziemi. Niewielu jednak z tych pasjonatów dostrzega, że taka ekspansja mogła przynieść także za sobą spore straty, ból i śmierć…

Znalezione obrazy dla zapytania first man 1920x1080

Damien Chazelle nie cofa się bowiem w żadnym momencie, a zamiast tego prze do samego końca w celu ukazaniu nie piękna lotów kosmicznych i zachwycania się nad ich przebiegiem, a zamiast tego realizuje swój własny pomysł, polegający na niemistyfikowaniu jednego z najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości, która objawia się poprzez jego bardzo widoczną krytykę względem NASA. Reżyser „Pierwszego człowieka” ukazuje wręcz tą instytucję nie jako miejsce spełniania marzeń na miarę bajkowego Disneylandu, gdzie wszelkiego marzenia stają się rzeczywistości, a placówkę, gdzie nie życie człowieka, a sukces pełni rolę nadrzędną. Chazelle nie ustanawia jednak tym samym NASA „Wrogiem publicznym nr 1”, a jedynie wskazuje na bezsensowne trzymanie się człowieka w poglądzie w latach 60 o tym, że to rozwój naukowy i technologiczny są dla niego najważniejsze. Jak w wielu momentach ukazuje jego film, ta postawa niesie bowiem za sobą spore niekorzystne konsekwencje – w postaci głodu, bólu i cierpienia.  A te stanowią przyczynę coraz gwałtowniejszych ruchów wśród społeczności, jej krzywdzenia oraz powszechnego zaniedbywania. Nie bez przyczyny w filmie co pewien czas pojawiają się pewne wstawki w postaci krótkiego ukazania demonstracji, czy problematycznych pytań w trakcie posiedzeń konferencji. Reżyser zwraca tym samym ogromną uwagę na to, że te wielkie koszty, które wykorzystała NASA do historii lotów kosmicznych może i przyniosły za sobą osiągnięcia kosmiczne, ale jednocześnie przyczyniły się do pogorszenia się sytuacji na świecie, wybuchnięcia niepotrzebnych wojen (patrz: konflikt amerykańsko-wietnamski) i wiele innych niepotrzebnych hańbiących czynów. Damien Chazelle w tym wszystkim nie ustanawia się w roli sędzi, a zwykłego obserwatora – który zamiast oceniania wydarzeń, pragnie je przedstawić widzowi, by sam mógł głębiej zastanowić się nad tym tematem.

W ten sposób „Pierwszy człowiek” nie jest filmem łatwym, który ogląda się z czystą przyjemnością i wymalowanym uśmiechem na twarzy od początku do samego końca. Mało tu bowiem pojawia się momentów szczęścia i radości, a więcej smutku i głuchego milczenia, które pozostawia oglądającego w dziwnym stanie zawieszenia jak pomiędzy życiem, a śmiercią, który choć przygważdża go do fotelu i pociąga w dalszy rejs przez kosmiczne krajobrazy, to jednak zmusza go także do pewnej refleksji nad sensem ekspansji Wszechświata przez ludzkość i konsekwencji, jakie może ona za sobą przynieść.  Damien Chazelle zdaje się wręcz dokonywać na ekranie swojego osobistego przemyślenia nad światem i kosmosem w latach 60 i oddzielać je od siebie barierą: gdzie na Ziemi panuje chaos i zamieszanie, a to właśnie tu, w nieogarniętej rozumem przez człowieka w przestrzeni może on odnaleźć spokój i ukojenie w swoim bólu. A gdy natomiast człowiek jest na granicy obu tych powierzchni jak przy rzucie kamykiem do wody dokonuje się efekt załamania – przebicia ciała przez powierzchnię, najgłośniejszego dźwięku, by koniec końców wejść przez wrota do nowego świata. Damien Chazelle wyraźnie tym samym zdaje się oddzielać grubą, czarną linią „Pierwszego człowieka” od wszystkich poprzednich swoich produkcji. Ukrasza nas tym razem nie muzyką i pełną napięcia atmosferą, wylewającą się na wierzch, a spokojem i częstymi chwilami milczenia gdy widz wręcz zastyga w bezruchu. Z tego powodu nie każdemu przypadnie on do gustu, ale ta właśnie oryginalność oraz minimalizm sprawiają, że „Pierwszy człowiek” jest bardzo odważnym, ale i udanym podejściem do tematyki podróży kosmicznych.

Znalezione obrazy dla zapytania first man 1920x1080

Tego filmu nie można także na dobrą sprawę określić mianem dzieła konwencjonalnego, który nie wychodzi poza żadne, jasno ustalone ścieżki bo bardzo często Damien Chazelle łamie te granice w chęci ukazania własnej wizji istoty lądowania pierwszego człowieka na Srebrnym Globie. Od razu zauważalną różnicą pod tym względem jest choćby niemal brak patosu, którego przecież można było się spokojnie spodziewać w kontekście wydarzenia, które na zawsze zmieniło świat i cały bieg wyścigu zbrojnego pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Związkiem Radzieckim.  Nie ma co się jednak martwić: Oczywiście po lądowaniu na Księżycu musiała się pojawić ikoniczna amerykańska flaga na jego powierzchni. Warto jednak zwrócić uważną uwagę na to, że na całe szczęście reżyser nie bawi się tu w wychwalanie ojczyzny na miarę filmów Michaela Baya, czy Clinta Eastwooda. Ukazuje historię z punktu widzenia jednostki, a nie ogółu i wierzcie mi lub nie… ale to robi zasadniczą różnicę. Kolejną zmianą w stosunku do większości filmów biograficznych, jest sam fakt, że ten film prawie w ogóle nie wpisuje się w ramy tego gatunku filmowego! Gdyby bowiem bliżej przeanalizować historię Neila Armstronga, z tą ukazaną na wielkim ekranie, okazało by się bowiem, że scenarzysta John Singer pominął w niej parę naprawdę bardzo ważnych wydarzeń z życia głównego bohatera, jak choćby fakt narodzin jego drugiego synka. Wraz jednak z doskonałą wizją reżysera polegającą na skupieniu się na głównym bohaterze, ta wizja nabiera kształtów i staje się jasnym fundamentem do stworzenia historii gdzie nie wydarzenia, a człowiek pełni najważniejszą rolę.

Reżyser doskonale rozumie melancholijny wydźwięk tej historii i zaskakująco świetnie przystosowuje się do tej znacznie odbiegającej od jego standardów perspektywy. W przedstawionym przez niego świecie lat 60 panuje bowiem istna szarość na Ziemi, A w kosmosie? Ciemno, ciasno i nieprzyjemnie. Te cechy idealnie obrasowuje Chazelle w licznych momentach lotów próbnych Armstronga, gdzie w kokpicie panuje zaduch, mrok i strach… Wszystko to już spokojnie jest w stanie w widzu zbudować odczucie klaustrofobiczne, które jeszcze bardziej się nasila wraz z awariami w rakietach… Jest tutaj taka jedna scena, w której Neil w zupełnej samotności wraz z towarzyszem próbują zapanować nad szalejącą maszyną. Kamera pędzi, dźwięk narasta, uczucie staje się wręcz nie do zniesienia, a widz i tak tkwi dalej w tym filmie… Duża w tym zasługa reżysera, ale i perfekcyjnej strony audiowizualnej, która jest niemal tak arcymistrzowska niczym w „Interstellarze” Christophera Nolena, czy legendarnej „Odysei Kosmicznej” Stanleya Kubricka. A gdy coś porównuję do „Odysei Kosmicznej”, to wiedzcie, że ranga filmu wzrasta bardzo do góry. Szczególnie fantastyczne wrażenie robią zdjęcia autorstwa Linusa Sandgrena, którego ujęcia niemal w całości kręcone z ręki, a nie statywu są bardzo wnikliwe i tym samym są w stanie ukazać niemal każdy najmniejszy detal. A widoki kosmosu…. to jest czyste MISTRZOSTWO! Zresztą sam dźwięk w „Pierwszym człowieku” to też niesamowicie wykonana robota, która absolutnie musi w przyszłym roku zostać obsypana Oscarami! Tak bowiem jest on w stanie poruszyć widza, na samym początku wręcz włazi mu do uszu swoim hałasem, by na końcu zapanowała istna cisza… że tego nie da się opisać słowami. To trzeba po prostu zobaczyć.

Znalezione obrazy dla zapytania first man 1920x1080

Nie ma co jednak ukrywać, że od samego początku najważniejszą układanką w całym filmie, był główny bohater, czyli Neil Armstrong. To właśnie na jego historii skupia się Damien Chazelle w swoim najnowszym filmie. I trzeba mu przyznać jedno: naprawdę bardzo wiarygodnie oddaje wszystkie sceny z jego udziałem. W tą postać bowiem da się uwierzyć, ją polubić, jej szczerze współczuć, ale mieć także momenty, w którym możemy sobie pomyśleć, że przecież tego człowieka w ogóle nie znamy. Reżyser wspólnie z scenarzystą Johnem Singerem fantastycznie przedstawili wizerunek Armstronga – nie jako bohatera, a zwykłego człowieka, którego w życiu spotkało wiele tragedii. Nie dość bowiem, że przez długi czas dowództwo mu nie ufało, to jeszcze jako młody ojciec stracił dziecko. Nie chcę nawet myśleć co wówczas czuje ojciec bo to musi być koszmarnym uczuciem, by mieć kogoś bliskiego, tak małego, tak niewinnego, a później to wszystko… tak po prostu stracić. Chazelle traktuje jednak Neila jako człowieka nadziei, który poszukuje swojego spełnienia i w obliczu bezsensowności swojego życia, dołącza do niebezpiecznego projektu, który być może odmieni jego życie. I znowu: wszystkie sceny, dotyczące jego szkolenia i misji lotu na Księżyc są bardzo wiarygodne i choć opierają się na biograficznych momentach, to także skupiają się swoją treścią na ludziach, którzy wierzyli w to, co robią. A Neil Armstrong był tego doskonałym przykładem.

Tak szczegółowe ukazanie trudnej osobowości głównego bohatera nie byłoby jednak w ogóle możliwe, gdyby nie fantastycznie wcielający się w tą rolę Ryan Gosling. Wiem, że w kontekście tego filmu najczęściej pochwały są kierowane względem jego żeńskiej partnerki na ekranie, Claire Foy, ale ja jednak chciałbym w głównej mierze pochwalić właśnie jego. Dlaczego? Bo to właśnie na jego barkach był cały ciężar tego filmu. Gdyby on zawalił, to cały film niczym dom z papieru mógłby runąć w dół. Ta rola to niewątpliwie największa dotychczasowa odpowiedzialność w karierze Ryana Goslinga, by dobrze i wiarygodnie przedstawić charakter tak ważnej postaci w historii kina, a jednocześnie stworzyć postać, która byłaby w stanie być dla oglądającego wyznacznikiem jakiś wartości. I ku mojemu ogromnemu pozytywnemu zaskoczeniu, aktor znany choćby z roli w „La la Landzie” odnalazł się znakomicie. Jego minimalistyczna mimika, prosta budowa oraz enigmatyczność świetnie się bowiem splatają z prawdziwym charakterem Neila Armstronga. Gosling jest niezwykle oszczędny w swojej grze aktorskiej przez niemal cały seans, a większość jego emocji jest skryta pod powierzchnią maski „szczęśliwego astronauty i dobrego ojca”. Prawdziwy jednak dramat i emocje mu towarzyszące skrywają się pod grubą skorupą milczenia. Armstrong jest niczym tykająca bomba, która w każdym momencie może wybuchnąć, co wszyscy odczuwają dzięki świetnej grze aktorskiej Ryana Goslinga. Bo gdy w jednej ze scen po pogrzebie córki na parę minut zanosi się on płaczem, to wszyscy płaczą, włącznie ze mną, co naprawdę bardzo rzadko zdarza mi się podczas oglądania filmów.

Znalezione obrazy dla zapytania first man 1920x1080

Nie wszystko jest tu jednak w pełni idealne. Główny pod tym względem zarzut może być skierowany względem scenarzysty Johna Singera, który wiele z istotnych wątków w życiu Neila Armstronga przemilcza, a inne z kolei, które mają miejsce na ekranie, zbyt szybko urywa i przez to nie daje nam on szansy na jeszcze bardziej wnikliwe spojrzenie na osobowość głównego bohatera. Tak właściwie, to pod samym względem fabularnym „Pierwszy człowiek” to nic specjalnego, a jedynie jakaś tam biografia, opowiadająca o ważnej postaci dla dziejów historii. Nic więcej. John Singer wyraźnie ma bowiem momentami problem w pociągnięciu tej historii i bardzo go w tym wyręcza Damien Chazelle. Historia bywa tu często niespójna i gdyby nie widoczna ingerencja reżysera, to ten zamek mógłby runąć. A momentami aż się wręcz o to prosi, gdy na ekranie zaczyna powiewać nudą i zaczyna brakować napięcia i jakichkolwiek emocji, trzymających i zachęcających widza do dalszego oglądania. To nie jest jednak też tak, że fabuła tego filmu jest przeciętna. Przeciwnie: Ona bardzo dobrze ukazuje konflikt Armstronga, a jeszcze większe pochwały należą się za ukazanie NASA od zupełnie nieprzewidywalnej ciemnej strony. Za to należą się brawa. Gorzej wygląda to jednak, gdy Singer próbuje poruszyć jakiś inny wątek poza Armstrongiem i NASA. Doskonałym tego przykładem jest choćby życie rodzinne, którego temat jest mocno eksplorowany. Bo choć spełnia on swoją funkcję „wyciszacza”, to niestety sceny te są bardzo nudne. I tak właściwie jedyną osobą, która trzyma ten wątek w jakimkolwiek zainteresowaniu, jest Claire Foy, wcielająca się w rolę żony głównego bohatera, Janet Armstrong. Wypada ona bardzo wiarygodnie w swojej kreacji, a w scenach emocjonalnych wręcz fantastycznie. Tym bardziej więc szkoda, że pomimo popisu aktorskiego Claire Foy, John Singer trochę za mało czasu poświęca rozwinięciu jej wątku. A szkoda.

Na szczęście wszystkie te niedociągnięcia, bledną na tle rewelacyjnej reżyserii Damiena Chazelle’a, który po raz kolejny udowadnia, że jest zdecydowanie obecnie największym objawieniem reżyserskim ostatnich paru lat. Nikt bowiem tak jak on nie potrafi pokazywać tak niezwykle emocjonalnie zwykłe czynności, które choć wydają się być lekkie i przemijające, jak choćby dotyk palców, czy włosów córeczki, to wraz z niezwykłym pokładem emocjonalnym, nabierają głębszego znaczeniu. Damien Chazelle to geniusz i nie boję się tego stwierdzić. Bo choć sama fabuła „Pierwszego człowieka” nie jest niczym specjalnie zachwycającym, to jednak wraz z niezwykłą wnikliwością i wyczuciem reżysera, nawet takie najmniejsze sceny, przemienia w czyste złoto. Fantastycznie odnajduje się on także w zupełnie nieznanym dla siebie gatunku filmowym, wczuwając się w historię, którą pragnie przedstawić oglądającemu. Ale co najważniejsze – w swojej wizji pozostaje wierny i wiarygodny do samego końca, dzięki czemu w tą historię naprawdę da się uwierzyć. A za niezwykły w tym wszystkim pokład emocjonalny, który zaserwował nam Chazelle i odczucia klaustrofobiczne należą mu się wielkie słowa podziwu. Bo choć ten film opowiada o geniuszu Armstrongu, to czy może i przypadkiem na naszych oczach nie rodzi się geniusz? Czas pokaże.

Podobny obraz

Rzeczą nieodłączną od zawsze w filmach Chazelle’a jest muzyka. Tak było w przypadku perkusyjnych utworów w „Whiplashu”, tak było w musicalowych i jazzowych popisów muzycznych w „La la Landzie”, tak też jest również w przypadku „Pierwszego człowieka”, gdzie osobisty przyjaciel reżysera, kompozytor Justin Hurwitz po raz kolejny zaprezentował nam soundtrack nie z tego świata. Jest on bowiem tak znakomicie zbilansowany, tak skutecznie oddziałuje na emocjach widza, niesie za sobą tyle uczuć, czasami napięcia, a momentami także wzruszenia, że naprawdę po raz kolejny ciężko to opisać słowami. W tym przypadku: To trzeba usłyszeć. Bo choć ścieżka dźwiękowa kompozytora nie jest może tym razem aż tak melodyjna i taneczna jak w przypadku „La la Landu”, to jednak to wcale nie oznacza, że musi być ona pozbawiona subtelności i głębszego wyczucia emocjonalnego. Justin Hurwitz tak jak Damien Chazelle jest marzycielem i to właśnie sprawia, że nawet w nieznanym dla siebie gatunku muzycznym odnajduje się znakomicie. Czy to poprzez mocniejsze wybrzmienia, czy momenty napięcia, czy symfonicznej orkiestry – wszystko w jego wykonaniu jest tak perfekcyjne, że brak Oscara dla tego pana w przyszłym roku będzie totalnym nieporozumieniem. A sam motyw „Landing”, towarzyszący Armstrongowi podczas lądowania to istne ARCYDZIEŁO!!!

A skoro o scenie lądowania mowa, to powiem w paru krótkich zdaniach. To jeden z najpiękniejszych momentów ostatniej dekady filmowej. Znakomita muzyka Justina Hurwitza na długo pozostaje w głowie i jest czymś przewspaniałym. Zdjęcia, ukazujące powierzchnię Księżyca, to majstersztyk. A później? Następuje nagle cisza. Nic się nie rusza. Nic nie słychać. I jedynym motywem, towarzyszącym Armstrongowi, w tej scenie jest jego własny oddech. Jest tu tak spokojnie i cicho, że można by pomyśleć, że tam nic nie ma. Scena ta jest kulminacją filmu Chazelle’a i najbardziej wyczekiwanym momentem w całej historii. Reżyser poradził sobie jednak z tą sceną lądowania naprawdę znakomicie i naprawdę warto się przekonać o tym samemu i wybrać się do kina, by odczuć te wielkie emocje towarzyszące wydarzeniu, które na zawsze odmieniło cały świat.

W jednej ze swych innych piosenek Louis Armstrong w 1961 roku wykonał utwór „Moon River”, którego jedna ze zwrotek brzmi następująco: „Moon river, wider than a mile. I’m crossing you in style some day. Oh, dream maker, you heart breaker. Wherever you’re goin’, I’m goin’ your way„. I nie byłoby zapewne w tej piosence nic specjalnie wyróżniającego się, gdyby nie to, że opowiada on o tym, co właśnie kierowało życiem Neila Armstronga: a mianowicie były nim marzenia. Marzenie o tym, by w obliczu tylu klęsk, śmierci, bólu i cierpienia podnieść się do góry i spełnić swoje przeznaczenie. A w tym przypadku dla Armstronga była nim podróż na Księżyc, która nie tylko odmieniły losy świata, ale przede wszystkim jego życie. To właśnie bowiem dzięki temu wydarzeniu zdołał on pogodzić się w końcu ze śmiercią córki i poczuć się wartościowy dla całego otoczenia. Nie bez przyczyny w tekście piosenki Louisa Armstronga pojawia się wzmianka o patrzeniu na Księżyc poprzez osłonę rzeki – dokładnie takie samo ujęcie otrzymujemy także w przypadku filmu Damiena Chazelle’a, w którym główny bohater w wielu scenach wpatruje się w ciemne niebo w poszukiwaniu Srebrnego Globu – który w jego przypadku jest prawdziwą Nadzieją.

Po scenie wylądowania na Księżycu, pierwsze słowa Neila Armstronga brzmiały: „Dla człowieka to jeden mały krok, dla ludzkości skok ogromny„. I rzeczywiście, lądowanie Neila Armstronga 20 lipca 1969 roku o godzinie 20:17 było dla ludzkości skokiem ogromnym, od którego to właśnie zaczęły się wielkie loty kosmiczne. Przed wystartowaniem misji załogi Apollo 11, zapewne wiele osób wątpiło w powodzenie tej misji. Ale być marzycielem to nic złego. Wyobrażać siebie, zdobywającego szczyt samego Everestu. Strzelającego decydującego gola podczas finału Mistrzostw Świata na samym Wembley. Otrzymującego Nagrodę Nobla za wybitne osiągnięcia w dziedzinie fizyki na miarę Alberta Einsteina. Zostania wielką gwiazdą w Hollywood, grającą w największych filmach Oscarowych. Wystarczy tylko w to uwierzyć i zobaczyć, ile dobrego można zrobić na tym świecie. Neil Armstrong uwierzył w swoje marzenia i dzięki swojej wierze dokonał czegoś niemożliwego. I choćby z tego względu „Pierwszy człowiek” to film niezwykle kluczowy – bo choć ukazuje wiele smutnych momentów, to jednocześnie niesie za sobą nadzieję na lepsze jutro.  Nie ulega jednak wątpliwości, że „Pierwszy człowiek” nie jest filmem idealnym bo miewa swoje gorsze momenty, słabo rozwinięto wątek pozostałych astronautów poza Armstrongiem (Buzz Aldrin!), a sama fabuła to też nic specjalnego. Ale i tak nie warto, a absolutnie trzeba pójść na ten film. Bo Damien Chazelle dokonał rzeczy niesamowitej – z historii o zwykłym człowieku, który poleciał w kosmos, uczynił widowisko niezwykle dogłębnie emocjonalne. Znakomita strona audiowizualna, świetna rola Ryana Goslinga, narodziny geniusza Chazelle’a, fantastyczny soundtrack Justina Hurwitza i w końcu arcymistrzowska końcówka – to wszystko sprawia, że długo po seansie nie da się zapomnieć o tym filmie. Bo marzenia można spełniać… wystarczy tylko w nie uwierzyć i urzeczywistnić w życiu by tak jak Neil Armstrong sięgnąć ręką do góry w poszukiwaniu własnego księżyca.

 

Ocena Filmaniaka:

8,5/10

4 gwiazdki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s