„Dusza anioła w ciele robota” – recenzja filmu „Alita: Battle Angel”

Manga to obecnie jedna z najpopularniejszych form komiksowych na całym świecie, która wyewoluowała w Japonii już na początku lat dwudziestych XX wieku wraz z pojawieniem się pierwszej w dziejach shojo mangi „Tonda Haneko”, którą opublikował Rakuten Kirazawa. I choć może w ciężko to do końca uwierzyć, to w ciągu następnych kilkudziesięciu lat ten sposób rysowania komiksów zdobył niesamowitą popularność w całym kraju wiśni, a później również zachwycił czytelników za granicą. Japończycy w porównaniu jednak do Amerykanów komiksy te nie traktują wyłącznie jako popkulturę, która była, jest i prędzej czy później przeminie, a dzieło sztuki i jeden z najważniejszych rodzai współczesnej literatury. Mangi można spotkać w przeróżnych tematykach – począwszy od gangsterskich opowieści, a skończywszy w końcu na obyczajowych dramatach, osadzonych w życiu doczesnym. Chyba jednak największą sławą wśród nich cieszą się te historie z pogranicza cyberpunku. Za kamień milowy pod tym względem uznaje się wszem i wobec „Ghost in the Sheel”, lecz poza kultową Major Motoko Kusanagi, jest jeszcze jedna japońska bohaterka, która z miejsca podbiła serca czytelników. A nazywa się ona Alita.

Pierwszy tom z serii Yukito Kishiro, opowiadającej o tej niezwykłej dziewczynie cyborg powstał w 1990 roku i w krótkim czasie zdobył uznanie wielu czytelników. Dlaczego? Nieodłącznie w tej komiksowej wersji poza niezwykle brutalnymi, ale kreatywnymi scenami akcji, a także wyczuwalnym lekkim tonem opowieści, usianym groteskowymi bohaterami oraz specyficznym sposobem poczucia humoru, poruszany był tu temat człowieczeństwa i tego co go definiuje. Zresztą sama Alita to niezwykle złożona postać, którą czasami naprawdę ciężko było w pełni zrozumieć. I choć seria ta doczekała się zaledwie (jak na tak rozbudowany świat) dziewięciu rozdziałów, to i tak już w 1993 roku powstała pierwsza adaptacja „Ality” w postaci japońskiego anime „Gunnm”. Z upływem kolejnych lat Hollywood coraz z większą chrapką spoglądał w kierunku japońskich mang i wkrótce jedną z największych ofiar tego typu zainteresowań okazał się być „Ghost in the Sheel”, który w wykonaniu Ruperta Sandersa wypadł głęboko poniżej oczekiwań. Wydawało się więc, że lepiej pod tym względem zaprezentuje się „Alita”, za której filmową wersję odpowiadał sam James Cameron – twórca „Avatara”, „Terminatora”, czy „Titanica”. Wraz jednak z pojawieniem się w sieci pierwszych materiałów promocyjnych, entuzjazm nagle opadł bo niestety, ale ten film zapowiadał się na kolejne przeciętne widowisko akcji. Jaki więc jest finalny efekt „Ality: Battle Angel”? Czy faktycznie jest to produkcja, która daje nadzieję na nadejście dobrych filmowych adaptacji japońskich mang? A może zamiast tego to zwykła pisanka, która co prawda jest ładna z zewnątrz, ale… pusta w środku?

Minęło 300 lat od Upadku – wydarzenia, określanego mianem wielkiej wojny, które na zawsze odmieniło losy ludzkości. Z tego bowiem powodu ze wszystkich podniebnych miast przetrwało tylko jedno – Zalem. I to właśnie tam skoncentrowała się ostatnia garstka ocalałych ludzi, który próbując na nowo powrócić do dawnej, minionej potęgi, odbudowuje się w miejscu zwanym Miastem Złomu. Życie przebiega tam sprawnie i bez wątpienia się rozwija, lecz nad nimi wisi Zalem – symbol dawnych błędów i grożącego niebezpieczeństwa, a zarazem mityczny raj, do którego każdy chciałby się dostać. Jednym z mieszkańców jest doktor Ido (Christoph Waltz), pracowity i pełny dobroci naukowiec, specjalizujący się w naprawianiu ciał cyborgów. Pewnego jednak dnia w poszukiwaniu nowych części odnajduje on na stercie złomu, wyrzuconą z Zalemu niesamowitą istotę, Alitę (Rosa Salazar), która pomimo mechanicznego ciała, skrywa w sobie ludzki mózg i serce. W krótkim czasie pod opieką „ojca” dziewczyna poznaje świat, lecz wciąż nie potrafi sobie przypomnieć nic ze swojej przeszłości, a także tego kim była. W poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytania Alita natrafia na chłopaka, Hugo (Keean Johnson), z którym szybko się zaprzyjaźnia. W nocy prowadzi on jednak podwójne życie, pracując dla nieobliczalnego i niebezpiecznego przedsiębiorcy Vectora (Mahershala Ali) oraz jego ulubienicy, Chiren (Jennifer Connelly), dawnej żony doktora Ido. Młoda, zagubiona dziewczyna wkrótce potem odkrywa w sobie niezwykłe bojowe moce i tym samym ściąga na siebie uwagę wielu wrogów w postaci chciwego łowcy nagród Zapana (Ed Skrein) oraz morderczego przestępcy Grewishki (Jackie Earle Haley), wysłanego przez enigmatycznego Novę. Czy więc w obliczu tylu zagrożeń Alita zdoła pokonać wrogów, nim tamci skrzywdzą jej ukochanych przyjaciół? I czy pozna prawdę o samej sobie?

Tematyka cyberpunku ma to do siebie, że bardzo często łatwo się w niej pogubić, nie rozumiejąc w pełni wartości, która powinna ona za sobą nieść. W przeszłości już nieraz zdarzało się twórcom filmowym potraktować ten zupełnie osobny dział z kina science-fiction jako zwyczajne kino akcji, a do tego takie, w którym wcale nie liczą się postacie, czy ich emocje, a wyłącznie jak najbardziej widowiskowe i naładowane CGI sceny akcji. Prawdę jednak powiedziawszy, każdy szanujący się fan podobnych tego widowisk, doskonale powinien zdawać sobie sprawę z tego, że cyberpunk to nie wyłącznie walki jak w „Terminatorze”, a czasem także pełna refleksji historia, która posiada głębsze dno, zmuszające do chwilowego zatrzymania się i zastanowienia nad własnym życiem i tego co o nim świadczy. I wbrew pozorom, ale to właśnie japońskie mangi wprowadziły tematykę cyberpunku na wyższy poziom za sprawą dostarczenia czytającemu niezapomnianych wrażeń wizualnych oraz emocjonalnych. Wraz z więc pojawieniem się decyzji o przeniesieniu na ekrany kin filmowej wersji „Ality”, jej twórca niejednokrotnie podkreślał przed premierą, że jest wielkim fanem japońskich mang. Sądząc zaś po ostatniej styczności Jamesa Camerona ze sci-fi, za sprawą „Avatara”, można było i tym razem spodziewać się pięknego filmu. I tak się stało bo „Alita” to faktycznie niezwykle drobiazgowy świat cyberpunku, którym można się szczerze zachwycić.

Znalezione obrazy dla zapytania alita battle angel 2019 1920x1080

Gdy tworzy się wielkie, niezapomniane serie science-fiction lub fantasy na miarę „Gwiezdnych Wojen”, „Władcy Pierścieni”, bądź „Harry’ego Pottera”, to bardzo istotne jest, aby posiadały one fundamenty – w postaci drobiazgowo opisanego świata, w którym dzieje się główna akcja filmu. I tak dla przykładu George Lucas rozwiązał ten problem za pomocą ukazania wszelakich, znacznie różniących się od siebie planet na przykładzie Tatooine, Hoth lub Endoru, a z kolei Peter Jackson stworzył szerokie plenery osobnych i oddalonych od siebie krain Rivendell, Shire, bądź Gondoru. Z nieco innego zaś wniosku wychodzi sam James Cameron, który już w choćby w „Avatarze” potwierdził, że nie potrzeba mu nieskończonych pokładów różnych miejsc, a tylko jednego – ale za to tak niezwykle drobiazgowo przedstawionego, że z miejsca można się w nim zachwycić. Tak dla przykładu było choćby z mitycznym rajem, Pandorą. I podobnie jest także w przypadku nowego filmu Camerona, w którym również poświęca on niemal wyłącznie uwagę jednemu miejscu – w którym jak nazwa wskazuje powinny się znajdować niemal wyłącznie sam brud i śmiecie. Nic z tych rzeczy. Bo choć faktycznie Miasto Złomu w niczym nie przypomina cudownej Pandory, to jednak czego można było się spodziewać po miejscu, w którym życie dopiero na nowo się odradza po wielkiej katastrofie? A i tak jest to szczegółowo przedstawiony świat, w którym kryją się liczne zagadki i tajemnice. Świat ten zaś jest do tego stopnia unikatowy, że z wielką chęcią po jego seansie aż chce się poznać jego komiksowe pierwowzory.

Tym bardziej jest to możliwe, gdyż podstawy, które trzymają ten świat w ryzach, są naprawdę fascynujące, a co najważniejsze – twórcy w porównaniu do choćby „Ghost in the Sheel” nie boją się poświęcać swojego cennego czasu na rozwijanie fabuły po to, by sprawnie w dialogach lub za pomocą obrazu wyjaśnić nam kolejne prawa, rządzące Miastem Złomu. Jest to zatem o tyle przyjemne, że widz naprawdę ma szansę zaznajomić się z tym światem i go lepiej poznać. Choć więc w bardzo wielu miejscach akcja pędzi jak na złamanie karku, to i tak my w dalszym ciągu eksplorujemy ten świat. Ten okres poznawania trwa niemal do samego końca i to za to naprawdę należą się spore brawa dla twórców „Ality”. Drugą niezwykle istotną sprawą jest także sama kreatywność, której nigdy nie powinno brakować twórców film sci-fi, bądź cyberpunków. Każdy więc, kto się obawiał, że James Cameron się już dawno wypalił i nie ma już nic nowego do zaoferowania kinu, może już w tym momencie puścić w niepamięć swoje wszelkie wątpliwości. „Alita: Battle Angel” to bowiem, jeśli się nie mylę, jeden z najbardziej kreatywnych filmów w ciągu ostatnich paru lat. Ilość niebanalnych rozwiązań, która się tu pojawia, jest porażająca. Dla przykładu warto choćby wspomnieć o Łowcach, odpowiednikach policjantów, tropiących przestępców, bądź łowcach nagród. Dla mnie zaś osobiście zdecydowanie najlepszym pomysłem okazał się być Motorball – czyli kreatywna gra, której zasady miej więcej polegają na tym, że zawodnik na wrotkach porusza się po wielkim torze z piłką, uciekając od szarżujących jak na wrestlingu przeciwnikach. A wszelkie chwyty są tu dozwolone. Pewnie jednak pomysł ten byłby dość karykaturalny, gdyby nie sama świetna reżyseria Roberta Rodrigueza scen meczów Moterballa, które faktycznie trzymają w napięciu i ogląda się je z rosnącym zainteresowaniem. Jak zresztą cały film.

Znalezione obrazy dla zapytania alita battle angel 2019 1920x1080 motorball

Kto jednak się spodziewał, że „Alita” niczym „Ghost in the Sheel”, bądź „Ex Machina”, zdoła w bardzo ciekawy i bliższy sposób rozwinąć problematykę bycia cyborgiem, w którym skrywają się ludzkie emocje i serce, raczej nie ma na co tu liczyć. Film Roberta Rodrigueza jest od początku do samego końca w głównym zamierzeniu szybkim kinem akcji, w którym w pierwszej kolejności liczą się przyspieszenia, a nie jak w stylistyce noir na przykładzie „Ghost in the Sheel” spowolnienia i próby koegzystencji z bohaterami. Dla fanów komiksowej „Ality” może stanowić to pewne rozczarowanie bo w pierwowzorze o wiele głębiej wniknięto w strukturę głównej bohaterki, niż ma to miejsce w filmowej adaptacji. Nie zmienia to jednak faktu, że w roli zwykłego kina akcji, „Alita: Battle Angel” bez jakichkolwiek zastrzeżeń spełnia swoje zadanie.

Szkoda tylko, że w związku z tak zawrotnym tempem akcji, cierpi na tym fabuła, która niestety, ale jest rozpisana na bardzo dziecinnym poziomie. James Cameron ma wyraźnie problemy z wiarygodnymi dialogami i nie inaczej ma to miejsce także w jego najnowszym filmie. Mangi japońskie mają to do siebie, że bardzo często posiadają głębsze dno i mądre przesłanie. „Alita” również takie mogła posiadać, tym bardziej, że podstawy do rozwinięcia tego tematu już były, lecz niestety Cameron wolał roztkliwiać się nad typowo zaczerpniętymi z kina młodzieżowego miłosnymi problemami głównej bohaterki z Hugo, niż a jeżeli próby rozwinięcia jej osobowości. Do tego dochodzą słabe dialogi, przewidywalne zwroty akcji, przeciętna końcówka oraz bardzo pobieżnie rozpisane postacie drugoplanowe. Jednego natomiast nie można odmówić twórcom: w filmie pojawia się przekleństwo. I choć osobiście nienawidzę wszelkiego rodzaju wulgaryzmów, tak w tym przypadku użyto go naprawdę w świetnej scenie. Ale i tak nie przysłania to licznych absurdów fabularnych, których powinno się uniknąć bo zdecydowanie negatywnie wpływają na całokształt filmu.

Znalezione obrazy dla zapytania alita battle angel 2019 1920x1080 rosa salazar

Tak jak wcześniej wspomniałem, w przypadku „Ality” główną rolę pełni tu nie mądra i pełna zaskakujących plot-twistów fabuł, a od samego początku w tym zamierzeniu najważniejsze były sceny akcji. I pod tym względem film Roberta Rodrigueza spisuje się naprawdę wyśmienicie, co w głównej mierze jest zasługą właśnie jego. Nigdy bym się przedtem nie spodziewał, że w filmie, w którym współpracuje twórca takich wielkich hitów jak „Avatar”, czy „Titanic” wraz z dość kontrowersyjnym reżyserem, który zaliczył w przeszłości parę wpadek, to właśnie ten drugi poradzi sobie lepiej. A jednak tak właśnie się stało bo choć nie można w odmówić Jamesowi Cameronowi daru do tworzenia niesamowicie skomplikowanych i szczegółowych światów, które od pierwszych minut zachwycają swoim wykonaniem, tak zaś pod samym względem fabularnym, popełnił zbyt liczną ilość błędów, które zanadto rzucają się w oczy swoją sztuczną melodramatycznością i poziomem powagi na miarę typowego nastoletniego przeboju na miarę „Valeriana i tysiąca planet”. W porównaniu jednak do tego niechlubnego filmu Luca Bessona, sam reżyser, Robert Rodriguez świetnie odnajduje się w kinie sci-fi i to właśnie dzięki niemu wszelkie sceny pojedynków są emocjonujące, jest ich dużo i trzymają w napięciu. Co prawda, nie ma co się tu spodziewać rewelacji na miarę „Matrixa”, ale to i tak solidnie wykonana robota.

Słowo należy się też efektom specjalnym, które w poprzedzających zwiastunach nie wyglądały wcale zbyt zjawiskowo, a wręcz raziły w oczy swoim slapstickiem oraz niedoskonałościami, przez co modele cyborgów wcale nie powalały początkowo swoim wykonaniem. Szczególnie pewne problemy widoczne były w scenach akcji, gdzie co niektóre postacie zdawały się nadążać za przesuwającym się CGI. Nie wiem jak to do tego doszło, ale od tamtego czasu w tej kwestii sporo się zmieniło. I to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Efekty te w finalnej wersji filmowej potrafią bowiem naprawdę zachwycić swoim rozmiarem oraz skalą i w żadnym stopniu pod tym względem nie ustępują „Avatorowi”. Do tego dochodzą, jak w moim odczuciu, jeszcze lepszy sceny akcji, w których oczywiście aż wylewa się od nakładu CGI, ale co ważne nie ma w tym wszystkim przesytu tak jak choćby ma to miejsce od dobrych paru lat w znienawidzonej przeze mnie serii „Transformersów” Michaela Baya. Duża w tym zasługa licznie praktycznie wykorzystanych efektów, a zwłaszcza potężnej scenografii, która daje spore pole do popisów dla reżysera i spółki. I oni naprawdę świetnie wykorzystują tak duży nakład budżetu, wynoszący ponad 100 milionów dolarów, których wysoki efekt jest widoczny w wielu miejscach. Niektóre jednak z modeli cyborgów nie wyglądają zbyt dobrze jak na przykładzie Grewishki i choć rozumiem, że miały być one trochę groteskowe, to jednak czasami tej karykatury było za dużo. Na szczęście są tu też mocne strony, którym przewodniczy fantastycznie zaprojektowana Alita. Wiele osób przed seansem czepiało się jej powiększonych oczu. Ja natomiast nie widzę w tym problemu, a nawet uważam że dodało to  uroku głównej bohaterce, która naprawdę wygląda prześlicznie.

alita-battle-angel-2019

Główną bohaterką tego filmu jest rzecz jasna Alita, w którą wciela się młoda aktorka Rosa Salazar, którą mieliśmy już szansę wcześniej zobaczyć w serii „Więźnia Labiryntu”. I w moim odczuciu to właśnie Rosa jest największą wygraną tego filmu. Wniosła ona bowiem niezwykłą osobowość do tego mechanicznego ciała cyborga. Bez jej duszy bohaterka nie mogłaby się przeobrazić w Alitę, a pozostałaby wyłącznie zwykłą jakąś tam pomniejszą postacią, o której szybko byśmy zapomnieli. Lecz aktorka wcielająca się w tą rolę na nic nam na to nie pozwala, a zamiast tego hipnotyzuje widza swoją naprawdę świetną grą aktorską od samego początku. To ile charyzmy kryje się w tej dziewczynie, jest wprost niewyobrażalne. Rosa Salazar w tym filmie bowiem nie odgrywa jakiejś tam Ality, a po prostu nią jest i naprawdę da się w to szczerze uwierzyć tym bardziej że wszelkie emocje okazywane przez nią są po prostu bardzo wiarygodne. To co najbardziej cieszy to fakt, że tą bohaterkę nie da się nie polubić. Wraz ze swoim prześmiesznym etapem odkrywania świata, poznawania nowych smaków, określenia kolejnych produktów mianem swojej ulubionej potrawy, a także niezwykłej dobrotliwości dla drugiego człowieka i nie tylko, Alita wyrasta wręcz na największą i wyłączną gwiazdę tego filmu.

Niestety nie da się twórcom wybaczyć zmarnowanego potencjału drugiego planu, na którym przecież pojawiają się takie wielkie nazwiska jak Christopha Waltza, Jennifer Connelly, czy Mahershala Aliego. Największą winę jednak i w tym miejscu ponosi beznadziejny scenariusz, który nie daje szansy na rozwinięcie się poszczególnym bohaterom. A szkoda bo to naprawdę przykre patrzeć jak kolejni wielcy aktorzy nie mają w filmie zupełnie prawie nic do zagrania. Na tle więc tej trójki z Hollywoodu jedynie pierwszy z nich, odgrywający rolę zatroskanego lekarza, Doktora Ido zdołał stanąć na wysokości zadania i swojego poziomu. Christoph Waltz w ostatnich latach zdążył nas już przyzwyczaić do wcielania się w role wrednych czarnych charakterów, bez krzty sumienia oraz litości. Tak było w przypadku „Bękartów wojny” Quentina Tarantino, tak było w ostatniej odsłonie przygód Jamesa Bonda, czyli „Spectre” i tak też było w „Wodzie dla słoni”, opowiadającym o cyrkowcach, znęcających się nad zwierzętami. Tym większe zatem mogło być zaskoczenie, że tym razem wcale nie gra po raz któryś z rzędu wrednego antagonisty, a opiekuńczego ojca i naukowca, za którym ciążą w dalszym ciągu błędy przeszłości. A jednak w tej kreacji Christoph Waltz zaprezentował się zaskakująco bardzo dobrze i jego bliska relacja z Alitą była w pełni przekonująca. Tyle samo dobrego nie można natomiast powiedzieć o kolejnej laureatce Oscara, Jennifer Connelly, której czas ekranowy został tu niestety zmniejszony do minimum, a sama aktorka też niezbyt do siebie przekonała w tej roli. Z innych postaci drugoplanowych warto też zwrócić uwagę na Eda Skreina, który po nijakiej roli antagonisty w „Deadpoolu” tym razem poradził sobie znacznie lepiej jako ogarnięty obsesją zabijania łowca nagród, Zaapan. Z kolei bardzo przeciętnie sobie poradził debiutant, Keean Johnson jako najlepszy przyjaciel Ality i jej przyszła miłość, Hugo. Aktor niestety nie ma za krzty charyzmy, żeby utrzymać tą rolę i dać z niej nieco więcej. Do tego pomimo wielkich starań Rosy Salazar, nie radzi sobie z nią w duecie, co w głównej mierze wynika z jego bardzo małego doświadczenia aktorskiego. Jemu natomiast nie brakuje z całą pewnością Mahershala Aliemu, który idealnie pasuje do roli antagonisty wraz ze swoim mrocznym, niskim głosem, lecz nawet on pomimo sporych starań, w dalszym ciągu pozostaje zwykłym biznesmenem, który za wszelką cenę dąży do osiągnięcia własnego celu. To kolejny  przykład kompletnie zmarnowanego potencjału aktora, czego nie można wybaczyć twórcom filmu.

Znalezione obrazy dla zapytania alita battle angel 2019 wallpaper

„Alita: Battle Angel” to zatem zaskakująco całkiem niezły film, który można obejrzeć ze szczerą sympatią. Co prawda, nie należy po nim spodziewać się także wielkiego widowiska, które na zawsze odmieni oblicze cyberpunków oraz całego kina science-fiction. Wbrew komiksowemu pierwowzorowi, to bowiem typowa standardowa opowiastka o dziewczynie-cyborgu, która odkrywa w sobie niezwykłe pokłady wielkiej mocy. Poza tym dochodzi do tego przeciętny scenariusz pełen luk i paru bzdur fabularnych oraz kompletnie niewykorzystany potencjał aktorów na drugim planie, którzy zasłużyli na coś więcej. „Alita: Battle Angel” nie zrewolucjonizuje zatem kina i zapewne też nie zapadnie na dłużej w pamięci widza, ale to wcale jednak nie oznacza że to zły film. Wręcz przeciwnie. To naprawdę bardzo dobrze wykonane kino akcji, z zachwycającymi scenami pojedynków tytułowej, obłędnymi efektami specjalnymi, świetnie wykonanym światem zewnętrznym, wieloma naprawdę kreatywnymi pomysłami Jamesa Camerona na miarę jego poprzedniego „Avatara”, a także olśniewającą Rosą Salazar w roli tytułowej, której bohaterkę z miejsca da się polubić i kibicować jej do samego końca. To wszystko sprawia, że „Alita” nie jest więc jakimś tam typowym widowiskiem, a wizualnym roallcoasterem, w którym wszystko co mogłoby się wydawać niemożliwe, naraz staje się możliwe. Owszem, pojawia się tu sporo błędów i niedociągnięć pod względem przeciętnego scenariusza. Ale jednak i tak dostrzegam w tym filmie potencjał na stworzenie nowej świetnej serii sci-fi. Oby tylko „Alita” zarobiła na sobie, oby jak najwięcej ludzi poszło na to widowisko do kina i oby producenci zdecydowali się na nakręcenie kontynuacji, bo naprawdę chciałbym jeszcze raz zobaczyć ten świat wraz z obiecującym zakończeniem. W jednej ze scen Alita krzyczy: „I do not standby in the presence of evil!„. I rzeczywiście, za taką bohaterkę można by było pójść na przysłowiowy koniec świata by wraz z nią odrodzić się jak feniks z popiołów i stawić czoła wszelkim przeciwnościom losu. Takiego anioła nam potrzeba było i oby nie ucięto mu skrzydeł bo w tym mechanicznym, cyborgowym pancerzu drzemie… dusza człowieka.

 

Ocena Filmaniaka:

6/10

three-stars

 

P.S.: Ocena +1 za świetne efekty specjalne oraz przeuroczą Rosę Salazar w roli tytułowego aniołka, Ality.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s