„Dualizm duszy i ciała” – recenzja filmu „To my”

Dlatego tak mówi Pan: Oto sprowadzę na nich nieszczęście, którego nie będą mogli uniknąć; będą do Mnie wołali, ale ich nie wysłucham” – Księga Jeremiasza 11:11

Jeszcze parę lat temu zapewne słuszne byłyby słowa człowieka, który by stwierdził, że ciężko ostatnimi czasy o nakręcenie niebanalnego horroru, którego nie można by było przyrównać z niczym innym. Całe zresztą nastawienie do tego gatunku filmowego niemal od zawsze przebiegało na dwóch osobnych od siebie płaszczyznach, które można by było wręcz określić mianem daleko od siebie położonych wysepek. Na pierwszej z nich znajdowali się więc ludzie nielubujący się w odczuwaniu strachu, a zamiast tego preferujący psychologiczne doświadczenia w nieco bardziej komercyjnych produkcjach. Na drugiej natomiast osiedli widzowie, dla których w horrorach główne znaczenie miała wcale nie fabuła, czy obsada, a możliwość odczucia dreszczyku emocji poprzez wiele następujących po sobie zwrotów akcji i pobudzającej do działania adrenaliny.

Połączenie tych stref do odczucia obustronnego zadowolenia wydawać by się mogło zadaniem niemożliwym do zrealizowania. Ale przecież nie od dzisiaj wiadomo, że w kinie nie istnieją granice, których nie dałoby się przekroczyć. I tak też się stało i w tym przypadku bo zaledwie dwa lata temu objawił się światu Jordan Peele, który zanim nakręcił swój pierwszy film, wcześniej lubował się w komediowych historyjkach. W nagrodzonym Oscarem „Uciekaj!” za najlepszy scenariusz to właśnie jemu udało się jednak dokonać zaskakującego miszmaszu thrilleru psychologicznego z elementami groteski. Zapewne i w tym przypadku znalazłaby się część osób, którym takie połączenie nie do końca by przypadło do gustu, ale jednego nie można odmówić temu filmowi: był on powiewem świeżości na tle wielu poprzednich horrorowych potworków. Przed laureatem Oscara stanęło więc kolejne wyzwanie: udowodnienie, że „Get Out” nie było jedynie jego pojedynczym zrywem. I w ten oto sposób na ekranach polskich kin wraz z nastaniem wiosny przybyli „To my”. Poprzedzający zwiastun zapowiadał kawał świetnego kina, trzymającego w napięciu do samego końca. Wszelkie te i inne oczekiwania były jednak niczym w porównaniu z końcowym efektem bo najnowsze dzieło Jordana Peele stanowi może nie w perfekcyjny, ale i tak smakowity kąsek dla miłośników wszelkiego rodzaju thrillerów, ale jednocześnie urealnienie mrocznych wizji reżysera, skłaniających do refleksji nad człowieczeństwem i tego kim jesteśmy.

Pewna dziewczynka miała niegdyś koszmar. W czasie rodzinnego letniego wyjazdu, pomimo opieki rodziców na pewien czas oddaliła się od nich, wiedziona instynktem, a może bardziej nieopartą pokusą zobaczenia fal na morzu z najbliższej odległości. I wszystko wydawało się być bezpiecznie. Do czasu. W pewnym momencie dziewczynka zobaczyła bowiem Dom Luster i wiedziona zwykłą dziecięcą ciekawością weszła do niego. I wówczas tam pośród magicznych odbić lustrzanych i tajemniczych zwierząt ukazała się jej najgorsza zjawa… odbicie samej siebie. Od tej pory zamknęła się przed całym światem, zmieniając się z szczęśliwej dziewczynką w wiecznie wystraszoną. Ta z pozoru przerażająca dobranocka wydarzyła się w życiu dorosłej już Adelaide Wilson (Lupita Nyong’o), która po latach od tego mrożącego krew w żyłach wydarzenia, zdążyła już wyjść za mąż za poczciwego Gabe’a (Winston Duke), urodzić mu dwójkę dzieci: Zorę (Shahadi Wright Joseph) oraz Jasona (Evan Alex) i zapomnieć o swojej traumie. Kiedy jednak pewnego dnia cała rodzinka przyjeżdża na letni wyjazd do miasteczka Santa Cruz by wspólnie spędzić czas ze swoimi przyjaciółmi, rodzinką Kitty (Elisabeth Moss) oraz Josha (Tim Heidecker) Tylerów, w Adelaide na nowo budzą się koszmary, których kwintesencją okazuje się być wcześniej niezapowiedziana „wizyta” pewnych gości w środku nocy…

Doskonale pamiętam jak czułem się po pierwszym filmie Jordana Peele. By nie owijać niepotrzebnie w bawełnę, powiem krótko: byłem zupełnie zszokowany. Przed seansem „Uciekaj!” byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej produkcji, na co jeszcze dodatkowo wpłynął fakt, że osobiście nigdy nie należałem do grona fanów horrorów. A jednak reżyserowi udało się dokonać w tym filmie czegoś niezwykłego: historia czarnoskórego amatora-fotografa, który przyjechał by poznać rodzinę swojej dziewczyny, z jednej strony była bowiem przerażająca i trzymająca w wielkim napięciu, by zaraz potem wybuchnąć na oczach widza zamierzoną nienaturalnością oraz wszech wyczuwalnym czarnym humorem. Jednocześnie Jordan Peele w bardzo ciekawy sposób zawarł w swojej historii pewną metaforę, dotyczącą wciąż obecnej dyskryminacji osób o innym kolorze skóry, poprzez ich wyróżnienie na siłę i odosobnienie od reszty ludzi. Nie da się jednak nie zauważyć, że w tym wszystkim „Uciekaj!” nie było typowym horrorem, a bardziej mieszanką thrilleru z czarną komedią. I nie inaczej ma to także miejsce w przypadku najnowszego filmu, w którym jednak zawarł większą ilość charakterystycznych elementów zaczerpniętych z kina grozy. W dalszym ciągu nie jest to jednak topowy schematyczny horror z latającymi wiedźmami, egzorcyzmami, bądź przerażającymi zakonnicami, bo jego siła strachu brzenie nie w kolejno pojawiających się jump-scare’ach, a w samej historii. Czy jednak wpływa to w jakikolwiek sposób negatywnie na całość filmu? Odpowiedź jest krótka: W żadnym wypadku bo to właśnie dzięki tym niebanalnym rozwiązaniom „To my” stają się jedną z najbardziej uniwersalnych produkcji ostatnich paru lat.

To my

W „Us” znajduje się bardzo wiele elementów, które wpływają na jego wyjątkowość. I bez wątpienia jednym z najważniejszych z nich jest już sam fakt, w jaki sposób Jordan Peele traktuje oglądającego niemal przez cały seans. W typowych bowiem horrorach widz z czasem może łatwo się połapać, kiedy i gdzie dojdzie do możliwych zwrotów akcji, a gdy dla przykładu bohater wchodzi do tajemniczego korytarza i zagląda w studnię, to już z miejsca wiadomo, że coś się musi wydarzyć. Jordan Peele natomiast zarówno w „Get Out”, jak i w tegorocznym „To my” obiera odmienną taktykę: a mianowicie celowo próbuje uśpić zaniepokojenie widza, by potem nagle naraz z miejsca uderzyć jak grom z nieba. Tak więc po krótkim wstępie, w którym poznajemy młodą Adelaide, akcja naraz zwalnia ku możliwemu zaskoczeniu oglądającego i z lat 80 w oka mgnieniu naraz przenosimy się do współczesnych czasów. Początkowo więc jesteśmy świadkami zwykłego rodzinnego, wyjazdu rodziny Wilson na wakacje. Jak w zwykłej sielance siedzą wygodnie na siedzeniach, ojciec prowadzi wóz, wszyscy słuchają muzyki, a młody Jason usilnie próbuje pokazać reszcie rodziny swoją sztuczkę z zapalniczką. Pal licho nawet, że pojawiają się tu momenty, które wyraźnie zwiastują nadchodzące zagrożenie choćby w postaci sceny zagubienia Jasona na plaży w Santa Cruz. Widz nie jest przygotowany na uderzenie. I dlatego właśnie, gdy do niego dochodzi, pozostawia na nim jeszcze większy ślad, a wcześniej (celowo) znudzony, od tej pory nie może nic innego robić, jak wpatrywać się w ekran. Bo właśnie wraz z przybyciem tej niewinnie wyglądającej rodzinki w czerwonych uniformach  rozpoczyna się prawdziwa rzeź…

Jordan Peele jak naprawdę mało kto potrafi znakomicie budować napięcie przez cały film. A co najbardziej niezwykłe w tym wszystkim, nie ucieka się on wcale do charakterystycznej metody zastosowania jump scare, bądź podkręcenia głośników poprzez „krzyki zjaw” bo całą tą aurę niepewności osiąga przez fabułę i postawienie w głównym stopniu na emocje bohaterów, odgrywanych przez poszczególnych członków obsady. Po tym wszystkim co powiedziałem, nie da się więc nie zauważyć już w tym miejscu, że „To my” nie są typowym horrorem, jakich już było. Film Jordana Peele wymaga od oglądającego ciągłego skupienia i zaangażowania w opowiedzianą historię. Reżyser nie wykłada na tacy wszystkich odpowiedzi, zmuszając widza do samodzielnego połączenia elementów układanki i zauważania pewnych podpowiedzi, które pojawiają się w trakcie filmu. Oczywiście, jestem pewien, że nie każdemu spodoba się ta forma, ale wraz z przyzwyczajeniem się do tych „dziwactw”, naprawdę można czerpać samą frajdę z oglądania bo film ani na moment nie jest nudny. Reżyser wiele czerpie i uczy się od najlepszych. Podobnie jak legendarny Alfred Hitchcock napięcie buduje nie tylko za pomocą fabuły, ale również przy wykorzystaniu rewelacyjnej ścieżki dźwiękowej Michaela Abelsa, która łączy w sobie wiele różnych gatunków muzycznych. Zresztą pojawia się tu wiele nawiązań do twórczości tego legendarnego reżysera, a także paru innych, które jednak w żaden sposób nie odbierają unikalności filmowi Jordana Peele, bo wszystkie je potrafi wykorzystać na własną korzyść, tworząc w ten sposób coś zupełnie nowego dla świata kina. Dla fanów muzyki dodam, że warto odsłuchać sobie na Youtubie choćby chóralny utwór „Anthem” czy utwór „Run”, by przekonać o prawdziwości moich słów. Do tego pojawia się tu parę osobistych perełek Peele’a. Największą z nich jest bez dwóch zdań pojedynek Adelaide z Red, która wraz z ukazaniem w trakcie walki urywków z tańca baletu i wykorzystaniu znakomitego utworu „I Got 5 on It” (jedna z najlepszych rzeczy, jaką kiedykolwiek zobaczyłem w kinie grozy) na długo przejdzie do historii kina. I wcale się temu nie dziwię.

Najprawdopodobniej dla co niektórych „To my” okażą się jedynie tworem dziwnym, pozbawionym jakiegokolwiek sensu i wieloma pytaniami rzuconymi jak na wiatr bez odpowiedzi. I rzeczywiście im wszystkim trzeba w tym miejscu przyznać rację bo faktycznie film Jordana Peele pomimo wielu moich zachwytów nie jest dziełem idealnym. W fabule, szczególnie w drugiej połowie, pojawia się sporo niedopowiedzeń, a co niektórzy bohaterowie nie zostają należycie wykorzystani w końcowej fazie historii. Te i inne pojawiające się niedociągnięcia dla części widzów mogą stanowić więc dosyć dużą przeszkodę do zrozumienia filmu w całości. Wraz z mijającym czasem odnoszę jednak wrażenie, że te niedopowiedzenia i pytania pozostawione bez echa były od początku celowym zamierzeniem reżysera, który w ten sposób chciał pokazać, że horrory wcale nie muszą być straszne poprzez szalejące demony i nie potrzeba w nich pełni domkniętej historii jak miało to miejsce choćby w jego poprzednim filmie. Stworzył własną interpretację tego gatunku filmowego i chwała mu za to bo ten nietypowy w świecie kina miszmasz czarnego humoru z pełnokrwistym thrillerem wyszedł mu genialnie. Choć fabularnie mogło być lepiej…

Niemniej niesamowite jest także to, ile w tej z pozoru zwykłej historii pojawia się wiele ważnych wątków społecznych, dotyczących nie tylko pewnych dysfunkcji człowieka lub jego zaburzeń psychicznych, ale również tematów, z którymi możemy zmierzyć się na co dzień. Zacznijmy w ogóle od tego, że po seansie „Us” niemal każdy może mieć odmienne interpretacje na temat tego filmu, co już samo w sobie jest piękne. Dlatego też w poniższej recenzji pragnę jedynie podzielić się przemyśleniami, które wyciągnąłem po seansie. Osobiście nie dostrzegam tu dla przykładu żadnych nawiązań do tematu rasistowskiego i to nawet pomimo tego, że większość obsady składa się z osób czarnoskórych. To nie jest tak jak w przypadku „Uciekaj!”, gdzie poprzez satyrę reżyser ukazał nam prawdziwy problem z rasizmem skierowanym w kierunku Afroamerykanów, który nie opierał się wcale na nienawiści, a sztucznej próbie odseparowania od reszty osób. W swoim najnowszym dziele Jordan Peele podejmuje zgoła inne tematy, a jednym z nich jest ukazanie pewnych nawyków, które prowadzą do zła. Dla przykładu Jason uwielbia zabawy z zapalniczką, w związku z czym jego złe alter ego też kocha palić, ale innych i sam ma poparzoną twarz, a z kolei Gabe sprawia wrażenie silnego byka, więc Abraham jest uwypukleniem jego siły i rozumu jak u goryla. Mamy tu też ponadto do czynienia z szeroko rozwiniętą traumą głównej bohaterki, zamkniętej w przestrzeni własnych wyobrażeń, ledwo co widoczną, ale obecną krytyką konsumpcjonizmu, a gdy w jednej ze scen Red wypowiada słowa: „Duszy nie można sklonować”, to tym samym ukazuje ona nam naturę człowieczeństwa, która opiera się wcale nie na ciele, a na naszych emocjach. A takich interpretacji można by tu było snuć jeszcze godzinami.

To my

Po sielankowym wstępie w pewnym momencie (zaznaczonym na powyższym zdjęciu) naraz dochodzi do nagłego przyspieszenia akcji. Jest to jak nietrudno się domyśleć z początkowych opisów fabuły zasługą pojawienia się na ekranie morderczej rodzinki, przywodzącej na myśl kultową „Rodzinę Adamsów”. Tyle tylko, że oni nie są jakimiś tam potworami, a dokładnymi odwzorowaniami, a wręcz klonami głównych bohaterów. Zachowują się tak jak oni, myślą tak jak oni i podobnie jak u dobrej rodzinki tam również panuje wspólna jedność i wzajemne zrozumienie. Jedyne co ich odróżnia od Wilsonów to fakt, że są ubrani w czerwone uniformy, chodzą z nożyczkami, a każda ich niedoskonałość jest uwidoczniona w zachowaniu i wyglądzie. Jordan Peele co jednak ważne w żaden sposób nie próbuje ich przedstawić w formie koszmarów głównych bohaterów, na co mogły początkowo wskazywać zwiastuny. Tytułowi „Oni” to bardziej lustrzane odbicia tych samych postaci, ale w zakrzywionym zwierciadle, które zniekształca każde z pozoru ich normalne zachowanie. I tu znowu film wymaga od widza myślenia. Dla co niektórych więc wydadzą się oni do bólu przerysowanymi zwierzętami, które rzężą, ryczą i wrzeszczą i z kwestii niezrozumienia zaczną się z nich naśmiewać. Ale to nie tak. Ci ludzie wychowani zostali bowiem w zamkniętym świecie, gdzie każde pojawiające się dobro przez nich jest odbierane w najgorszy sposób. Ich nadekspresywność i karykatura są w pełni zamierzone bo przez to właśnie reżyser uwypukla wszelkie ludzkie niedoskonałości. Ale jednego na pewno nie jestem w stanie zrozumieć. Dochodzimy tutaj do świata klonów. Jak oni tam przeżyli? Co oni jedli? Tylko króliki? I nikt przez te lata nie dotarł do tego miejsca? Jak to w ogóle możliwe? To mi się nie mieści w głowie. Gdyby nie ten fakt i mankament pewnie zatem dałbym „Us” aż 9 gwiazdek, ale no właśnie: czegoś w temacie alter ego i ich świata mi zabrakło.

A w każdej z tych wymagających  ról bardzo dobrze odnalazła się obsada, która w moim odczuciu jest jeszcze lepsza od tej z „Uciekaj!”. Pozytywnym zaskoczeniem jest na pewno Winston Duke, który dotąd nic wielkiego pokazał na ekranie, a tutaj jego czarny humor doskonale wpasował się z resztą filmu. Wielkie wrażenie robi również para głównych dzieciaków, odgrywanych przez debiutantów Shazadi Wright Joseph oraz Evan Alex, których alter ego budzą autentyczny niepokój. Szczególnie pod tym względem ekranowa Zora zdaje się skrywać w sobie wielki talent aktorski, którego mam nadzieję jeszcze zobaczyć. Na drugim planie show w paru scenach kradnie natomiast znana z „Opowieści podręcznej” Elisabeth Moss. Jedyne więc do czego bym się przyczepił w przypadku tematu klonów, to ich zbyt szybkiego pozbywania się z ekranu i marginalnego rozwinięcia tematu ich świata, któremu można było poświęcić więcej czasu. Te i inne uwagi są jednak w większości drobnymi niedociągnięciami, na które spokojnie można przymknąć oko.

Film Jordana Peele można chwalić za bardzo wiele: za w większości przemyślany i bez głupich rozwiązań scenariusz, za świetną reżyserię z paroma osobistymi perełkami, zaskakująco bardzo dobrą obsadę, czy rewelacyjną ścieżkę dźwiękową. Żadna jednak z tych wielu zalet i tak nie może się równać z mistrzowsko poprowadzonym wątkiem głównej bohaterki, odgrywanej przez arcygenialną w tej roli Lupitę Nyong’o. Adelaide Wilson w jej wykonaniu to bowiem tak skomplikowana i niezwykle fascynująca postać, że tak w zasadzie to właśnie ona jest koniem napędowym całej historii. Już sam wstęp, w którym poznajemy jej młodszą wersję sprzed wielu lat, stanowi świetne uzupełnienie następnych wydarzeń, a poprzez wniknięcie w sferę psychiczną bohaterki, widz dostaje nie z gorsza trudny orzech do zgryzienia, którym jest właśnie Adelaide. Jej późniejsze rozterki przed mężem, a także mimowolnie wyczuwalny strach przed nieuniknionym zagrożeniem, jeszcze dodatkowo owija w aurę tajemniczości tą postać. A gdy na ekranie w końcu pojawia się jej mroczne alter ego w postaci jęcząco wyjącej, ale niezwykle niebezpiecznej Red, pytania się jeszcze bardziej nasilają. Cele i motywy tej bohaterki są bowiem zupełnie nie do odgadnięcia, a sama ona poprzez swoją przerażającą bajeczkę aż może spowodować u oglądającego ciarki na plecach. Spora zasługa w stworzeniu tak enigmatycznej bohaterki na pewno leży po stronie scenariusza, ale nie byłoby to ani trochę możliwe, gdyby nie Lupita Nyong’o, która odgrywa tutaj niemal swoją rolę życia, a już na pewno najlepszą z całej swojej dotychczasowej kariery. To w jaki sposób stworzyła ona dwie zupełnie odmienne od siebie osobowości, jest wprost nie do wyobrażenia i świadczy tylko o jej geniuszu aktorskim bo to właśnie dzięki niej aura napięcia panująca przed ostatecznym pojedynkiem ich obu może spowodować u widza silne wypieki na twarzy. Jeśli zatem parę lat temu Lupita Nyong’o dostała Oscara za rolę w „Zniewolonym”, to jestem zdania, że w przyszłym należy jej się choćby nominacja za tą absolutnie fenomenalną kreację, której na długo nie da się zapomnieć po skończeniu seansu.

To my

„To my” nie jest typowym filmem i jestem przekonany, że nie każdemu przypadnie on do gustu ze względu za swoje liczne dziwactwa, charakterystyczne dla reżysera „Uciekaj!”, co jednak w żaden sposób nie odbiera mu wyjątkowości i unikalności. Niektórzy zapewne powiedzą, że ten film nie jest straszny. Ale to nie zawsze o to chodzi w horrorach. One nie tylko mają straszyć, ale przede wszystkim budować napięcie i poruszać jakieś niebanalne tematy. A pod tym względem „Us” sprawdza się w pełnym tego słowa znaczeniu. Najnowsze widowisko Jordana Peele wymaga bowiem pełnego skupienia i zaangażowania od strony oglądającego, który musi zwracać tu uwagę na wiele szczegółów, by cokolwiek zrozumieć z fabuły. Sam osobiście na swoim seansie byłem świadkiem niemiłego zdarzenia, gdy podczas siedzenia na jednej sali kinowej z pewnym (przepraszam za określenie) „gburem”, który wyraźnie chyba nie zrozumiał formuły tego filmu, ten niemal przez cały seans przeklinał i wyśmiewał wszystko, co tylko zobaczył na ekranie, dopóki mu nie zwróciłem uwagi (a i tak mi się za to oberwało). Jeśli jednak widz w porównaniu do tego jegomościa podejdzie dojrzale do tego filmu i poświęci mu swoją uwagę, z góry nastawiając się na to, że te wszelkie karykatury w poszczególnych zachowaniach bohaterów są celowym zamierzeniem reżysera to jestem całkowicie pewien, że będzie mógł w nim odkryć wiele sensu i symboliki, poruszającej wiele problemów współczesnego świata począwszy od niewinnych manier, a skończywszy na naturze człowieczeństwa i zbytnim zaufaniu rzeczom materialnym, o czym jedna z postaci osobiście sama boleśnie przekonuje się na własnej skórze.

Nawet jeśli więc pojawiają się tutaj pewne niedociągnięcia (których i tak jest bardzo mało), a tak to i tak „To my” w dalszym ciągu może się poszczycić bardzo dobrym i zaskakującym scenariuszem, który jest nie tylko pełen niespodziewanych zwrotów akcji, ale i próby podjęcia przez reżysera aktualnych ważnych tematów społecznych. Nie jest to jednak film dla każdego bo bywa on trudny, dziwaczny, a żeby go w pełni zrozumieć nie wystarczy jeden seans. Ale i tak ze świecą szukać we współczesnym kinie równie ambitnych i doskonale wykonanych thrillerów z pogranicza horroru. W moim odczuciu „To my” są nawet filmem lepszym od „Uciekaj!” ze względu na o wiele mocniejszą końcówkę, doskonałą obsadę, podejmuje poprzez licznie obecne metafory znacznie więcej tematów społecznych i świetne końcowe przesłanie, okraszone dodatkowo doskonałym plot-twistem. Nie bez przyczyny pojawia się tu też słynny cytat z Księgi Jeremiasza, który brzmi: Dlatego tak mówi Pan: Oto sprowadzę na nich nieszczęście, którego nie będą mogli uniknąć; będą do Mnie wołali, ale ich nie wysłucham. Film ten w znaczący sposób zdaje się bowiem wskazywać, że natura zła nie leży w świecie, czy w Bogu, ale właśnie w Nas. A skoro pomimo wyrządzonego zła i krzywdy drugiemu człowiekowi, jednocześnie potrafimy propagować takie wartości jak rodzina i przywiązanie, a nawet ci, którzy wydają się nam demonami, jak w słynnej pojawiającej się tu kampanii na rzecz pomocy ludziom zarażonym na AIDS, chwytają się jak wspólnota za ręce, to kim my właściwie jesteśmy? Dobrem, a może… Złem? Wybór należy do Was.

 

Ocena Filmaniaka:

8/10

1280px-4_stars.svg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s