„Czarodziej w rajtuzach” – recenzja filmu „Shazam!”

Gdyby jak za pomocą czarodziejskiego zaklęcia na chwilę przenieść się kilkanaście parę lat wstecz i porównać obecny stan uniwersum DC z tym, jaki miał miejsce w przeszłości, to zapewne niejeden przecierałby teraz oczy ze zdumienia. W ciągu zaledwie kilku lat niezwykły świat komiksów, który przyniósł nam takich legendarnych herosów jak choćby Batman, czy Superman, niepokojąco zaczął zbaczać ze ścieżki światła, powoli schodząc krok po kroku w coraz większy mrok. Z początku zapewne ten nieunikniony upadek był niewidoczny, a jeśli nawet po drodze pojawiały się pewne komplikacje to i tak z góry zakładano, że znów powróci jakiś Nolan z trylogią, której nikt nie będzie w stanie zapomnieć i sytuacja się na nowo poprawi. Tak się jednak nie stało. „Czarodzieje” DC założyli więc, że wystarczy ponownie na ekrany przywrócić największe chluby swojej marki, a więc Batmana i Supermana. A i to nie przyniosło pożądanego skutku. I kiedy wydawało się, że już nic nie jest w stanie uratować tego tonącego statku, nagle pojawiły się osobne origin-story superbohaterów, które jak za pomocą czarodziejskiej różdżki Harry’ego Pottera zmienił świat na lepsze.

W dotychczasowej erze ekranizacji komiksów DC mieliśmy bowiem tylko dwóch królów: A byli nimi niekwestionowanie Batman oraz Superman. Lecz gdy Marvel wzbogacał się o kolejnych nowych bohaterów, ich rywale w międzyczasie nie wykonali niemalże ani jednego kroku do przodu, a jeśli nawet to tylko wstecz. Historycznym sukcesem okazało się przybycie niezłomnej niesamowitej kobiety, a więc tytułowej „Wonder Woman”, która wyznaczyła nowy kurs dla filmów DC. Po niej zaś z morza wypłynął król Atlantydy, a więc „Aquaman”, który z kolei okazał się być niezwykłym kasowym przebojem, globalnie zgarnął ponad miliard dolarów w box-officie na całym świecie (!). Następnym w kolejce herosem DC, którego film miał się bezpośrednio odnosić do ksywki, został więc Kapitan Marvel… a przepraszam bardzo – to przecież film MCU. Ale otóż nie do końca! Taką samą ksywkę co słynna Carol Danvers, przyjął zgoła odmienny czarodziej o wymownym imieniu Shazam, który na jedno słowo ze zwykłego dzieciaka zamieniał się w niezwykle przystojnego i silnego mężczyznę w rajtuzach. W porównaniu jednak zarówno do przepięknej Wonder Woman, czy Aquamana, nie był on zbyt popularną postacią DC. Co więc ten czarodziej, sprawiający wrażenie zwykłej hybrydy innych superbohaterów, mógł powiedzieć na swój temat? Raczej nic dobrego. A jednak to właśnie film z jego udziałem bez dwóch zdań zasługuje na miano najzabawniejszego w historii DC. Przypadek? Nie sądzę bo cuda się zdarzają, a „Shazam!” jest tego doskonałym przykładem.

„Wypowiedz me imię, a w twych żyłach popłynie moc” – Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Każdy z nas chciałby zostać superbohaterem, być rozpoznawalnym na całym świecie, móc uratować chociaż raz świat przed zagładą, czy choćby spotkać się z podziwem ze strony ludzi. Niestety takich wybrańców jest zaledwie paru na całym świecie i w związku z tym reszta niczym Freddy Freeman (Jack Dylan Grazer) musi skończyć na koszulkach i zabawkach superbohaterów. I podobnym przypadkiem wydaje się być także Billy Batson (Asher Angel) – cwany nastolatek o naturze złodziejaszka, który po śmierci swoich rodziców od paru lat trafia do rodzin zastępczych w nadziei, że te odmienią jego życie na lepsze. Tak się jednak za każdym razem nie dzieje i Billy ucieka z domów, bezskutecznie próbując odnaleźć swoją biologiczną matkę. Po kolejnym takim incydencie chłopak po raz któryś z rzędu trafia do rodziny Rosy oraz Victora Vasquezów, która tym razem okazuje się być dość niestandardowa bo jego nowym rodzeństwem są podobne wyrzutki jak on. Próbując dostosować się do nowego otoczenia, chłopak wsiada do pociągu i wówczas dochodzi do niezwykłego wydarzenia, podczas którego poznaje Czarodzieja (Djimon Hounsou), który będąc już w podeszłym wieku, usilnie próbuje znaleźć swojego czempiona i to właśnie Billy staje się jego ostatnią nadzieją. W ten sposób za pomocą zaledwie jednego czarodziejskiego słowa przeistacza się w SHAZAMA (Zachary Levi) – mężczyznę o ciele dorosłego przystojniaka, a duszy dziecka. Wraz z wsparciem maniaka komiksowego Freddy’ego heros próbuje odkryć swoje moce, ale musi się śpieszyć bo jego bezpieczeństwu zagraża tajemniczy Doktor Thaddeus Sivana (Mark Strong), którego osobiste pobudki mogą przynieść katastrofalne skutki. Czy więc Shazam zdoła okiełznać swoje moce i stać się prawdziwym superbohaterem?

Idąc tropem nastolatkowym, w jakiej w dużej części jest utrzymany najnowszy film Davida F. Sandberga („Annabelle: Narodziny zła”), nie da się chyba nie zauważyć, że tendencja kinowego DC przypomina jakby taką krzywą prostą z lekcji matematyki, która raz wydaje się wyraźnie podciągać w górę, by zaraz potem boleśnie opaść na samo dno. Największy problem z widowiskami tego uniwersum nie polegał więc wcale na złym doborze reżyserów, czy odmiennych klimatach, w jakich były one utrzymane, a na zwykłej niestabilności, czy jak by to powiedział zaawansowany uczeń rozszerzonej matematyki – niemonotoniczności. Gdy więc „Batman v Superman” przypominał jakby nieciągnące się w nieskończoność kino-noir, zaraz potem twórcy fundowali widzom szaloną i zwariowaną rozrywkę jak w filmie, którego tytułu lepiej by było nie wymawiać. A jak to się nie udało, to trzeba było dokonywać kolejnych szybkich zmian i dostarczyć widzom pompatycznego połączenia superbohaterów w imię obrony świata w przeciętnej „Lidze sprawiedliwości”.  Ta niestabilność dawała się mocno we znaki. Filmy DC bywały bowiem kreatywne, miały nawet sensowny plan na fabułę, ale co z tego jeśli były one w większości nierówne? Wraz jednak z pojawieniem się osobnych historii herosów na przykładzie „Aquamana”, czy „Wonder Woman”, których dotąd nie mieliśmy szansy zobaczyć ani razu na wielkim ekranie, nabrały one cieplejszych barw. I podobnie jest także w przypadku najnowszego „Shazama!”, który owszem również ma swoje wady, ale mimo to jego seans dostarcza po prostu dziecięcej zabawy.

Znalezione obrazy dla zapytania shazam film 1280x720

W wielu poprzednich filmach uniwersum DC wyraźnie wyczuwalny był pewien mrok, który sam w sobie nie był zły, ale wraz z nieodpowiednim wykorzystaniem pociągnął za sobą niepożądane konsekwencje. Kamieniem milowym pod tym względem jest bez wątpienia „Batman v Superman”, którego poważniejszy ton jak nic pasował do historii, ale ciągłe próby Zacka Snydera na zagęszczeniu atmosfery w obliczu zbliżającego się konfliktu, zamiast budować napięcie, wyraźnie zwalniały tempo, a sam film wówczas z lekka… przynudzał. Przykład ten pojawia się tu jednak nie bez przyczyny bo zgoła zupełnie odmienną postawę reprezentuje reżyser najnowszego „Shazama!”, czyli David F. Sandberg, który zamiast półmroku i patosu, bardziej lubuje się tu w dostarczaniu widzowi kolejnych komediowych dialogów i postawieniu na znacznie bardziej luźny styl opowiadania historii. Dla wielu zapewne taka odmiana będzie doprawdy zaskakująca, ale w moim odczuciu kierunek, jaki obrał reżyser horroru „Kiedy gasną światła” był jedynym słusznym. Bo jak niby można było oczekiwać, że w historii o dzieciaku zmieniającym się w bohatera, będzie z każdej sceny wylewać się krew i patos? Byłoby to wówczas nieporozumienie. A tak przynajmniej włodarze DC w „Shazamie!” dostarczają oglądającemu przyjemnego i zabawnego seansu, tym samym próbując się odciąć od swoich dawnych przyzwyczajeń. I jest to zmiana zdecydowanie na plus.

Sam „Shazam!” swoją strukturą przypomina swobodną wariację filmów amblinowskich z magicznym „Harry’m Potterem”, klasycznym kinem wielkiej przygody, a w dodatku jeszcze posiada charakterystyczne elementy zapożyczone z produkcji superbohaterskich, i to zarówno z DC, jak i Marvela. W ten sposób otrzymujemy tu wręcz swoistą mieszankę wielu gatunków filmowych, która swoimi wieloma atrakcjami jak w parku rozrywki jest w stanie usatysfakcjonować niemal każde dziecko. I rzeczywiście – największą frajdę „Shazam!” najprawdopodobniej przyniesie właśnie młodszym oglądającym, ale w moim odczuciu nie ma w tym absolutnie nic złego bo w końcu głównym bohaterem jest nie kto inny jak właśnie zwykły dzieciak, Billy Batson, który bez wiary w siebie, ani wsparcia ze strony najbliższych na co dzień musi się mierzyć z trudnościami życia doczesnego. Na dobrą sprawę może się on wręcz z czasem stać dla nich przykładem, a swoją postawą i późniejszą przemianą wręcz wzorem do radzenia sobie z problemami dzieciństwa. Lecz wbrew wszelkim pozorom na „Shazamie!” dobrze bawić się będą nie tylko dzieci, lecz także dorośli. Pojawia się tu tak wiele nawiązań do filmów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, że wyłapywanie ich może sprawić nie lada frajdę oglądającemu. Dla przykładu sama przemiana głównego bohatera z dziecka w dorosłego przypomina tą samą bliźniaczą sytuację co w „Dużym” z Tomem Hanksem, niektóre sceny magiczne są jak w „Harry’m Potterze”, przyjaźń pomiędzy Freddy’m, a Shazamem ma w sobie coś z legendarnego „E.T.”, dzieci niczym w „Goonies” przeżywają wielką przygodę, a pod samym względem luźnego podejścia do tematyki superbohaterów film Sandberga może skojarzyć się z Marvelowskim „Ant-Manem”.  Scen humorystycznych również pojawia się tutaj wiele, ale co ważne żarty te wcale się nie są ani czerstwe, ani zbyt dziecinne bo w większości operują one na zabawnych konwersacjach z Freddy’m (odgrywający go Jack Dylan Grazer ma znakomite poczucie humoru!) i komicznych próbach przystosowania się Shazama do świata. I choć te momenty humorystyczne z drugiej strony nie są także zbyt kreatywne bo wiele zapożyczają z innych filmów, to jednak mimo wszystko w niejednej sytuacji potrafią wywołać uśmiech na twarzy widza. Dobre i to.

shazam

Problem z filmem Sandberga polega tylko na tym, że poprzez te wszystkie nawiązania oraz również zauważalne zapożyczenia z innych produkcji, traci na własnej unikalności oraz autentyczności, dzięki której ta historia mogłaby na dłużej utkwić w głowie widza po skończeniu seansu. Zamiast tego „Shazam!”na każdym kroku udowadnia, że nie ma żadnego zamiaru wyróżnić się na tle innych ekranizacji superbohaterskich, a jedynie wspólnie połączyć pewne schematy w spójną całość, by dać oglądającemu pożądany efekt satysfakcji. To tak jakby stale kupować swoje ulubione batoniki w jednym sklepie spożywczym dzień po dniu, by po pewnym czasie zdać sobie sprawę z tego, że to już trochę za wiele. I choć „Shazamowi!” bez wątpienia nie można odmówić nieskończonej ilości atrakcji dla widzów jak w parku rozrywki, to ciężko jednak w tym wszystkim nie odczuć, że wszystkie je widzieliśmy już gdzieś indziej. Podobnie można także rzec pod tym względem w przypadku fabuły, która również nie jest specjalnie odkrywcza i z góry da się ją przewidzieć do samego końca. Scenarzyści bez dwóch zdań doskonale poradzili sobie z rozpisaniem zabawnych dialogów, ale już sama historia bywa momentami mało wiarygodna. Ja osobiście najbardziej żałuję, że przy tak ciekawym głównym bohaterze, jakim jest bez wątpienia Billy Batson, nie pokuszono się tu o jakieś motto dla młodszej publiczności. Przy dobrych chęciach twórców „Shazam!” mógł być nie tylko zabawnym widowiskiem, ale również pouczającym. A tak dostaliśmy standardową bajeczkę.

Nie zmienia to jednak na szczęście faktu, że główny bohater, rewelacyjnie odgrywany przez Zachary Leviego, przypadnie do gustu każdemu widzowi, i to niezależnie od tego czy jest dzieckiem, czy dorosłym. Tytułowy Shazam, posiadający moce legendarnych starożytnych bóstw jak Salomon, Herkules, Atlas, Zeus, Achilles, czy Merkury, to bowiem tak sympatyczna i w dodatku zabawna postać, że nie da jej się nie polubić. Bardzo miło jest patrzeć na to, że DC nie ma problemów ze zrywaniem podtrzymujących ich łańcuchów i dostarczaniu widzom nie tylko mrocznych herosów na przykładzie Mrocznego Rycerza, czy sztampowych, pompatycznych idealistów jak w przypadku Supermana, ale również postaci, które doskonale zdają sobie sprawę ze swoich niedoskonałości, a mimo to umieją się z nimi pogodzić i żyć w radości. Dzięki temu odmiennemu podejściu włodarzy DC do kwestii własnych herosów, dla takich zwykłych dzieciaków zarówno Aquaman, czy właśnie tytułowy czarodziej nie staną się jedynie legendą, a przyjacielem, kimś bliskim im sercu. Jest to doprawdy piękne patrzeć, gdy na seansie młodszy widz siedzący przed Tobą dostaje szansę utożsamienia się z bohaterem, którego podziwia. Shazam daje taką możliwość dzięki wypływającej z niego dziecięcej radości oraz luźnemu podejściu do życia.  Zachary Levi ma w sobie naprawdę wielkiego powera w tej roli, świetne poczucie humoru, a w dodatku urok osobisty i to właśnie głównie za jego przyczyną Shazam to po prostu fajny bohater, który raz sobie zrobi selfie z ludźmi, raz postrzela piorunami w rytm muzyki, a później uratuje sklep przed napadem.

Znalezione obrazy dla zapytania shazam film zachary levi 1920x1080

Zresztą nie tylko sam Zachary Levi, ale również pozostała część obsady zaskakująco bardzo dobrze poradziła sobie w większości z powierzonymi im rolami. Szczególnie na wyróżnienie zasługuje tutaj Asher Angel, wcielający się w głównego bohatera, Billy’ego Batsona, chłopaka pozostawionego przez rodziców, który błąkając się po kolejnych rodzinach zastępczych próbuje za wszelką cenę zrozumieć kim jest tak naprawdę. To doprawdy niezwykłe bo dla tego młodego aktora to w zasadzie dopiero pierwszy udział w tak wielkim blockbusterze, a mimo to nie zżarła go żadna trema i bez problemów sobie poradził ze swoją rolą, za co już w tym miejscu należą mu się wysokie wyrazy uznania. Osobiście żałuję co prawda, że nie poprowadzono nieco lepiej wątku Billy’ego, a samo rozwiązanie kwestii z matką również pozostawia sporo do życzenia, ale jest to wyłącznie wina scenarzystów bo Asher Angel świetnie ukazał wątpliwości swojego bohatera, a my, widzowie i tak go polubiliśmy. Nie można też tu nie wspomnieć o jego dysfunkcyjnej rodzince, składającej się odpowiednio z maniaka komputerowego Eugene (Ian Chen), z pozoru gruboskórnego milczka Pedro (Jovan Armand), opiekuńczej studentki Mary (Grace Fulton), przeuroczej Darli (Faithe Herman) oraz pary ich rodziców – Rosy (Marta Milans) oraz Victora (Cooper Andrews) Vasquezów. Każda z tych postaci otrzymała swój osobny czas na ekranie, dzięki czemu z miejsca można było ich polubić, a nawet pokochać jak w przypadku Darli bo wcielająca się w nią Faithe Herman jest po prostu przeurocza. A i tak całe show kradnie wszystkim rewelacyjny Jack Dylan Grazer, którego mieliśmy już szansę przedtem zobaczyć w horrorze „To”. Jego Freddy Freeman, poruszający się na co dzień o kulach, a przy tym niezmordowany wielbiciel superbohaterów, który nawet pomimo swojej ciężkiej sytuacji, lubi sobie pożartować, to idealny wzór na przyjaciela, którego każdy chciałby mieć. Młody aktor jest tak wiarygodny i zabawny w tej roli , że aż brak mi słów dla opisania talentu tego chłopaka. Zresztą cały „Shazam!” pod względem obsady to na ten moment najlepszy film DCEU. Któż by się tego mógł spodziewać?

Równolegle do historii głównego bohatera Billy’ego Batsona, obserwujemy także zgoła jakże odmienną przemianę, jaką wraz z upływem lat przechodzi Dr Thaddeus Siviana (Mark Strong). W przeszłości filmów DC niejednokrotnie mieliśmy już do czynienia z bardzo rozczarowującymi antagonistami, których zachowania, motywacje, a nawet umiejętności ani trochę nie mogły przekonać oglądającego. A żeby tego było mało, wcielający się w nich aktorzy również z reguły zawodzili co doskonale było widoczne nie tylko na przykładzie fatalnego Jesse Eisenberga w w „Batmanie v Superman”, ale także później przy Carze Delevingne, czy zupełnie beznadziejnym Steppenwolfie w „Lidze Sprawiedliwości”. Bilans dotychczasowych antagonistów DCEU jest zatem naprawdę bardzo marny i podobne odczucia można było mieć także początkowo względem głównego przeciwnika Shazama. Na całe szczęście aż tak źle ostatecznie nie wyszło bo Dr Siviana ma przynajmniej jakieś wiadome motywacje swoich działań – może i banalne, ale przynajmniej zrozumiałe. Sama w sobie jego postać jest raczej dość standardowa, ale grający go Mark Strong w porównaniu do swoich poprzedników ma w sobie tyle charyzmy, że potrafi nawet z tej roli wyciągnąć maksimum, dzięki czemu daje nadzieję na lepsze jutro dla antagonistów DC. Jednego jednak nie można wybaczyć twórcom – wspomagające Dr Sivianę Siedem Wrogów Człowieka (Pycha, Zawiść, Chciwość, Nienawiść, Egoizm, Lenistwo i Niesprawiedliwość) są po prostu beznadziejnie wykorzystane w filmie. Sama ich geneza na pewno jest ciekawa, a wygląd przypominający mix Gremlinów z potworem z pierwszego sezonu „Legionu” jest całkiem kreatywny, ale w zasadzie nie mają one żadnego znaczenia dla fabuły i przez cały czas sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Zmarnowany potencjał, a szkoda.

Znalezione obrazy dla zapytania shazam film zachary levi 1280x720

Gdyby ktoś jeszcze parę miesięcy temu powiedział mi, że DC będzie w stanie nakręcić film, na którym w pełnej radości spędzą swój wolny czas rodzice z dziećmi, to zapewne z miejsca bym go wyśmiał w tym miejscu, powątpiewając w jego złudne nadzieje. Jak jednak widać, czasem upadek na sam dół, nawet najlepszym jest potrzebny, by w ten sposób wyciągnąć właściwe wnioski i z powrotem wejść na samą górę. Suma summarum, najnowszy film Davida F. Sandberga, dotychczasowego twórcy niskobudżetowych horrorów, spełni w moim odczuciu wszelkie wymagania kina familijnego – bo jest zabawny, ma wielu bohaterów, których z miejsca można polubić i w końcu otrzymujemy tutaj również kino wielkiej przygody, które najmłodsi oglądający będą oglądać z wypiekami na twarzy. To coś doprawdy nowego w kinowym uniwersum DC i za to należą się w tym miejscu wielkie gratulacje dla nich bo po paru swoich nieudanych próbach w końcu widać jakiś większy promyk światła na następne lata. Nie bez przyczyny zatem to właśnie film o zwykłym Czarodzieju w ciele przystojnego mężczyzny, a duszy dziecka zdołał spotkać się z uznaniem zarówno ze strony publiczności, jak i krytyków. Nie potrzeba tu bowiem wcale kolejnych odsłon o Batmanie, czy Supermanie, a nowych bohaterów, z którymi widzowi mogli by się zaprzyjaźnić i utożsamić. Stąd właśnie dotąd jedynie „Wonder Woman” i „Aquamana” można było nazwać filmami „dobrej nadziei”.

Teraz natomiast do nich bez wstydu może dołączyć także „Shazam!”. Owszem, dla wielu zapewne najnowszy film DC wyda się jedynie typową, standardową bajeczką, która z pozoru niczym się nie wyróżnia, ale bajeczką – której i tak nie można odmówić uroku za sprawą doskonale wyważonego poczucia humoru, lekkiego podejścia do tematu superbohaterów i świetnej obsady na czele z Zachary Levim i przezabawnym Jackiem Dylanem Grazerem. Szczerze powiedziawszy, tuż po seansie „Shazama!” zapewne nie wystawiłbym mu wysokiej oceny bo miewa on swoje wpadki, które mniej lub bardziej, ale jednak są zauważalne. Gdy jednak chwilę zastanowiłem się nad tym, jaką frajdę ten film może dostarczyć młodszym widzom, to naraz zdałem sobie sprawę z tego, że „Shazam!” to obok „Iniemamocnych” najlepszy przykład filmu familijnego w kinie superbohaterskim, na który bez przeszkód mogą się wybrać rodzice z dziećmi, i świetnie dodatkowo sprawdzającego się w formie pierwszego film na drodze dziecka w tematyce herosów. A przecież w kinie nie chodzi tylko o to by był w nim ciągły mrok, czy powaga, a również trochę uroku, czarodziei i humoru. Wystarczy więc wypowiedzieć tylko jedno czarodziejskie słowo, a wówczas możesz zostać kim tylko zechcesz. Bo marzenia się spełniają, a w życiu chodzi przecież o to by było w nim jak najwięcej z pozoru zwykłej, ale niegasnącej i magicznej… dziecięcej radości, którą każdy z nas ma w swoim sercu.

 

Ocena Filmaniaka:

7-/10

2000px-3.5_stars.svg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s