„Czas poświęcenia” – recenzja wielkiego popkulturowego wydarzenia, czyli filmu „Avengers: Koniec gry”

UWAGA! W poniższym tekście mogą się pojawić spoilery z filmów „Avengers: Wojna bez granic” oraz „Avengers: Endgame”!

 

„I fought my way out of that cave, became Iron Man, realized I loved you. I know I said no more surprises, but… I was really hoping to pull off one last one

Te bohaterskie słowa w zwiastunie jednego z największych popkulturowych wydarzeń w świecie kina, czyli finałowej odsłony przygód komiksowych Mścicieli, wypowiada Tony Stark – superbohater, który zmienił oblicze ekranizacji komiksowych. Choć więc w czasie oglądania tych niezwykle emocjonujących zapowiedzi można było zastanawiać się, dlaczego to właśnie on odzywa się w pierwszej kolejności, a dopiero po nim Kapitan Ameryka, czy Thor, to odpowiedź na to zapytanie jest zaskakująco bardzo prosta: bo wszystko zaczęło się właśnie od niego. Gdy w 2008 roku na ekrany kin wszedł pierwszy film z kinowego uniwersum MCU, czyli „Iron Man”, to nie pokładano w nim większych nadziei. Traktowano go raczej na zasadzie zwykłej ciekawostki, produkcji, która niczego nie będzie mogła zmienić. Jak się jednak później okazało, to właśnie od Tony’ego Starka wszystko się zaczęło, który nie tylko zyskał miano pierwszego kinowego superbohatera MCU, ale z czasem również stał się głównym założycielem pewnej grupy herosów, która zawsze miała na celu zwalczanie wszelkich zawiści w imię pokoju i bezpieczeństwa. A byli to nie kto inni jak legendarni Avengers.

A teraz dochodzimy do ich końca. Gdy słynni członkowie starej gwardii Mścicieli, a więc Iron Man, Kapitan Ameryka, Thor, Czarna Wdowa, Hulk oraz Hawkeye po raz ostatni wspólnie wyruszają by naprawić swoje błędy. Pierwszy film z kinowego uniwersum MCU pojawił się więc w 2008 roku, a blisko dziesięć lat później, na rocznicę bracia Russo w „Wojnie bez granic” dokonali czegoś, na co nikt nie był gotowy: w przeciągu zaledwie kilku minut od tak za pstryknięciem palca (i to w dosłownym tego słowa znaczeniu) Thanos pozbawił życia ponad połowę wszystkich ludzi w całym Wszechświecie. Nasi ostali przy życiu superbohaterowie otrzymują jednak szansę na zmianę przeszłości oraz przyszłości ludzkości i w związku z tym, nie mogąc w dalszym ciągu pogodzić się ze swoją porażką, wyruszają raz jeszcze, ten ostatni, by wypełnić własne przeznaczenie. Po „Wojnie bez granic” można było szczerze się obawiać tego, jak bracia Russo postanowią domknąć historię Mścicieli – i to nawet pomimo tego, że wszystkie poprzednie ich produkcje były bardzo udane. Bo w końcu to jest finał sagi Mścicieli – legendy, budowanej przez ponad 10 lat. W międzyczasie co prawdy pojawiły się bardzo ciekawe plotki o możliwym przejściu do świata kwantowego, ale i tak wszystko wydawało się być już „pozamiatane” przez Thanosa. Że nic nie da się już zmienić. Bracia Russo, podobnie jak Avengersi, podjęli jednak chęć zmierzenia się ze swoją przeszłością i całym uniwersum Marvela, i bez wątpienia już w tym miejscu można śmiało powiedzieć, że ich walka do końca nie okazała się przegraną, a kulminacja przygód Mścicieli nie zawiodła pokładanych w niej nadziei.

Thanos zrobił dokładnie to, co zapowiedział. Wymazał… 50% życia w całym kosmosie. Wystarczy tylko usłyszeć te słowa Natashy Romanoff, wypowiedziane w pierwszym zwiastunie „Avengers: Endgame”, by zrozumieć z jak wielką porażką mamy tu do czynienia. Słynni superbohaterowie wierzyli bowiem, że wspólnie działając będą w stanie powstrzymać Tytana od jego, „zbawczego”, a tak naprawdę morderczego planu wybicia połowy istot w całym Wszechświecie. Lecz pomimo wzajemnego wsparcia i wspólnych chęci powstrzymania tego samego wroga, zawiedli. Po prostu zawiedli. Wśród ostałych przy życiu superbohaterów panują burzliwe relacje. Jedni, jak Tony Stark (Robert Downey Jr) usilnie próbują sobie ułożyć życie. Drudzy zaś na przykładzie Thora (Chris Hemsworth) zamknęli się w sobie i własnym bólu, próbując odciąć się od otaczającego ich świata. Większość jednak z nich na czele z Czarną Wdową (Scarlett Johansson) oraz Kapitanem Ameryką (Chris Evans) dalej próbuje zachować porządek na świecie poprzez wspólne działanie. Pewnego dnia pojawia się pewien promyk nadziei wraz ze zjawieniem się uznanego za zaginionego najmniejszego ze superbohaterów, Ant-Mana (Paul Rudd), który przedstawia reszcie drużyny ryzykowny i sprawiający wrażenie niemożliwego do zrealizowania plan przeniesienia się w przeszłość przez wymiar kwantowy. Pozostali przy życiu Mściciele nie mają już jednak nic do stracenia i w ten sposób wyruszają wspólnie na ostatnią misję… A cena nie gra żadnej roli.

Doskonale pamiętam, że wraz z wybraniem się do kina na poprzednią część przygód Mścicieli, a więc „Wojny bez granic” nie spodziewałem się po nim niczego większego. Tak w zasadzie to niemal do samej premiery filmu wydawało mi się, że będzie to kolejny typowy blockbuster, pełniący rolę zwykłego „odmóżdżacza”. Zresztą takie wnioski nie były niczym zaskakującym bo choć zarówno o pierwszych „Avengers”, jak i późniejszym „Czasie Ultronie” w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że na ekranie działo się mało, to jednak szczerze powiedziawszy trudno było nie odczuć że to zwykłe, niczym niezaskakujące superbohaterskie kino akcji. Nie trzeba zatem chyba nikomu wyjaśniać jak wielkie było moje zdumienie, gdy „Wojna bez granic” z typowego blockbustera, przerodziła się w niezwykle emocjonujące, nieprzewidywalne i mistrzowsko wykonane widowisko, po którym na długo po zakończeniu napisów nie było jak zapomnieć. A już sama końcówka, w której po pstryknięciu palców kolejni superbohaterowie rozpływali się w powietrzu jak proch… totalny kosmos. Bracia Russo już nie raz udowodnili, że są najlepszym co mogło się przydarzyć kinowemu uniwersum MCU. Każdy bowiem z 3 dotychczasowych filmów ich autorstwa był zupełnie od siebie odmienny, a mimo to równie emocjonujący. Gdy więc „Zimowego Żołnierza” można było określić mianem sensacyjnego kina szpiegowskiego, a „Wojnę bohaterów” rozpierduchą na jak największą skalę z dodatkowo poruszonym wątkiem wzajemnego zaufania i poczucia winy, tak z kolei zeszłoroczną „Wojnę bez granic” można bez przeszkód nazwać blockbusterowym traktatem na rzecz bohaterstwa. Każdy z tych filmów był bez dwóch zdań od siebie odmienny, zarówno pod względem tempa akcji, jak i stylistyki. I podobnie jest także w przypadku najnowszego „Avengers: Endgame”, który śmiało można przyrównać do największych epickich dzieł dla fanów. I nie tylko.

Znalezione obrazy dla zapytania avengers end game 1920x1080

Jedną z najważniejszych różnic pomiędzy „Wojną bez granic”, a finałową odsłoną jest z całą pewnością samo tempo akcji, które w porównaniu do poprzedniej części wcale nie jest zawrotne, a zamiast tego często zwalnia. W związku z tym dla co niektórych widzów ta zmiana może się okazać niekorzystna, a sami z czasem możliwie zaczną odczuwać zmęczenie tak wielkim materiałem. W moim jednak odczuciu rozłożenie tej historii na tak długi metraż (wynoszący niespełna 3 godziny) ma swój sens bo właśnie w ten sposób dostajemy szansę na poznanie Mścicieli nie jedynie w tej formie bohaterskiej, ale również jako zwykłych ludzi, którzy muszą się zmierzyć nie tylko z kolejnymi wrogami, ale również z własnymi, życiowymi problemami. Bracia Russo wyraźnie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że „Koniec gry” stanowi nie tylko finał serii „Avengers”, ale również zakończenie z pewną epoką, budowaną od wielu lat. I dlatego właśnie wybierają to nieśpieszne tempo – by móc zamknąć w pełni zrozumiałą klauzurą historię każdego z bohaterów. Dzięki temu właśnie zabiegowi chaosu prawie w ogóle nie da się tutaj wyczuć. Sam zaś film można powiedzieć, że jest podzielony na 3 części. Lecz szczerze powiedziawszy nie każda z tych części jest sobie równa. Gdy więc dla przykładu w pierwszej z nich otrzymujemy energiczne i żywiołowe kino akcji, zakończone zaskakującym plot-twistem, tak po niej następuje lekko nudnawe i melodramatyczne wprowadzenie do finału, skupiające się na próbie pogodzenia się z przeszłością pozostałych przy życiu herosów. I bez dwóch zdań dobrze było móc nareszcie zobaczyć, jaki wpływ mają superbohaterowie na życie zwykłych mieszkańców i poznać jeszcze bliżej ich wzajemne relacje. Lecz ten balonik ciągłej fascynacji i zainteresowanie zaczyna nieuchronnie pękać, a fabuła zamiast interesować oglądającego, staje się powoli dla niego nużąca i przeciągnięta do granic możliwości. Na całe szczęście ten drugi, nudniejszy etap, nie trwa zbyt długo bo po nim następuje finałowa, trzecia część filmu, czyli „przekręt czasowy”.

W tym miejscu przechodzimy do najważniejszego wątku w całym filmie, który zgodnie z tym na co wskazywały zwiastuny, dotyczy próby cofnięcia się superbohaterów w czasie w celu naprawy swoich błędów z przeszłości. Przyznam szczerze, że choć temat wymiaru kwantowego został już poruszony w „Ant-Manie i Osie”, to tam niestety, ale nie zrobił większego wrażenia. Poprzez wstawkę do tego świata pewnych stworzeń, przypominających kształtem nieuformowane gąbki, nie był on ani ładny, ani interesujący. W „Końcu gry” temat przeniesienia się w czasie stanowi jednak kluczową rolę i dlatego dla tych wszystkich, którzy odpuścili sobie obejrzenie kontynuacji przygód najmniejszego z superbohaterów, niezaznajomienie się z nim w pierwszej kolejności może stanowić sporą komplikację. Na szczęście w porównaniu do filmu Peytona Reeda, bracia Russo nie wchodzą w żadne sfery fauny, poświęcając swoją uwagę na pokazaniu pewnych istotnych wydarzeń w kontekście całej dotychczasowej historii filmów MCU. I ilość nawiązań do poszczególnych produkcji, jest na pewno olbrzymia. Motyw podróży w czasie poprzez zakwestionowanie „Podróży do przyszłości” wypadł doprawdy powyżej wszelkim oczekiwaniom, choć i tutaj pojawiają się pewne niedociągnięcia, które choć nie wpływają jakoś negatywnie na odbiór całości, to jednak mniej lub bardziej – ale są zauważalne. Dotyczą one w większości licznie pojawiających się błędów logicznych i zmian w przeszłości, które mają olbrzymi wpływ na przyszłość, a mimo to nie są nawet zasugerowane. Naciągnięć i dziur fabularnych pojawia się więc w scenariuszu autorstwa Christophera Markusa oraz Stephena McFeely’ego zaskakująco bardzo dużo, przez co może to stanowić pewną przeszkodę dla oglądających. Nad tymi i innymi niedociągnięciami udało się jednak zapanować braciom Russo, którzy wyłącznie dzięki swojemu profesjonalnemu podejściu zdołali je przykryć pod zasłoną niezwykłych emocji, które aż kipią z tego filmu. I jest to wyłącznie ich zasługa.

Znalezione obrazy dla zapytania avengers endgame 1280x720 jeremy renner scarlett johansson

Finałowa odsłona „Avengers” najbardziej więc spodoba się bez wątpienia tym, którzy już od lat są zakorzenieni w filmowym świecie MCU. Bo nie ukrywajmy – „Avengers: Koniec gry” jest filmem od fanów. I dla fanów. Szczególnie jest to widoczne w trzecim, a zarazem finałowym wątku, poświęconym motywie podróży superbohaterów w czasie. Pojawia się tu bowiem tak ogromna ilość nawiązań do poprzednich filmów MCU, i to nawet tych, które zdawać by się mogło, że nie mają większego znaczenia dla całości historii, że z miejsca wszyscy fani uniwersum poczują się jakby wrócili do domu. Pozostali przy życiu bohaterowie za pomocą „wehikułu czasu” również powracają do paru najważniejszych scen z własnej przeszłości. W ten sposób otrzymujemy tu olbrzymią ilość pojawiających się easter-eggów, które jasno wskazują zamiłowanie twórców filmu, a wręcz ich bezgraniczną miłość do świata, który sami stworzyli 11 lat temu. I nie można mieć im absolutnie nic do zarzucenia pod tym względem bo to wielkie uczucie po prostu się czuje całym swoim sercem. Bez wchodzenia w szczegóły i zakazany temat spoilerów nasi bohaterowie otrzymują szansę spotkania się z bliskimi im postaciami oraz ponownego wzięcia udziału w wydarzeniach, które ich ukształtowały i zmieniły. Z woli zupełnego przypadku dochodzi tu jednak do paru naprawdę przezabawnych momentów, gdy Avengersi na własną korzyść zmieniają przeszłość. I są to zdecydowanie jedne z najlepszych momentów w całym filmie, gdzie reżyserzy udowadniają, że najbardziej emocjonujące i zapadające w pamięć widowiska to te, które zrobione są z myślą o widzach. A „Avengers: Koniec gry” to nie tylko traktat miłosny twórców do MCU, ale przede wszystkim wielka bomba emocjonalna, która aż eksploduje wewnątrz widza.

Chyba jednak przedtem ani razu nie można było się spotkać z filmem MCU, który nie tylko z wielką czcią by traktował produkcje z dotychczasowego uniwersum, ale także w pewnym stopniu także całą popkulturę. Ponowne easter-eggi i nawiązania do najbardziej rozpoznawalnych filmów w historii kina pojawiają się tu nie bez przyczyny bo świadczą jedynie po raz kolejny o tym, że dla twórców najważniejszy jest widz i jego emocje, odczuwane w trakcie seansu. Czy to poprzez linijki tekstu, w których Ant-Man przytacza kolejne przykładu filmów z motywem czasu w energicznej rozmowie z Tony’m Starkiem czy gdy na samym końcu jesteśmy świadkami wielkiego epickiego pojedynku pomiędzy siłami dobra, a zła jak w finałowej, trzeciej odsłonie „Władcy Pierścieni” – to wszystko po prostu działa perfekcyjnie jak w szwajcarskim zegarku. Porównania do tej wielkiej trylogii Petera Jacksona są może nieco nazbyt naciągane, bo mimo wszystko film braci Russo w żaden sposób się ma prawa się z nią równać, ale już pod względem samych momentów scen batalistycznych, a zwłaszcza końcowej walki… ręce aż same składają się do oklasków, gdy twórcy wrzucają nas jak w wir pędzącej karuzeli, dostarczając nam niezwykle emocjonującego kina akcji z wieloma atrakcjami jak w jakimś lunaparku. Również momentów epickich tu nie brakuje, gdy bracia Russo przechodzą do zakończeń pewnych wątków. Gdzieniegdzie tylko są one lekko nazbyt silące się na dramatyzm, a sama końcówka zbyt rozciągnięta, ale nawet jeśli, to są to zwykłe drobnostki, tym bardziej, że soundtrack autorstwa Alana Silvestriego ponownie dostarcza wielkich emocji, a pod względem wizualnym ten film to czysty kosmos!

Marvel-Avengers-Endgame

Bardzo ważnym faktem do odnotowania w kontekście kulminacji przygód Mścicieli jest to, że po niezapomnianej już scenie „pstryknięcia palcami” większość nowych bohaterów MCU rozpłynęła się w proch, ale wszyscy członkowie pierwotnego, 6-osobowego zespołu Avengers pozostali przy życiu. Mówię o tym dlatego, że wraz z wyruszeniem na wspólną ostatnią misję każdy z nich w międzyczasie przeszedł zupełnie odmienna drogę, która ukształtowała ich właśnie w ten, a nie inny sposób. Członkowie tej chciałoby się rzec „starej gwardii” niegdyś tworzyli naprawdę zgrany zespół, ale później wraz z rozpadem, który przedstawiono w „Wojnie bohaterów” ich historie się rozdzieliły, a część z nich na przykładzie relacji pomiędzy Kapitanem Ameryką, a Iron Manem dalej sobie nie ufa, a ich wzajemny kontakt jest oparty na wciąż obecnym braku zaufania. Lecz tu właśnie, w tym kulminacyjnym momencie wspólnie muszą ponownie połączyć siły i stawić czoła przeszłości. Bardzo cieszy fakt, że reżyserzy każdemu z nich poświęcili osobny czas, dając im szansę na rozwinięcie. W samej grupie Avengers doszło już do paru rozłamów, zerwania kontaktów, a nawet momentów wrogości – ale tu właśnie bracia Russo poprzez skomplikowanie zarysowany charakter każdego z Mścicieli pokazują, że w obliczu końca trzeba na bok odłożyć wszelkie zawiści by wspólnie odkupić siebie samego… i cały Wszechświat.

Jak jednak to uczynić, gdy wraz z pstryknięciem Thanosa utraciło się wszystko to, co było najbliższe? Jak się po podnieść po tak wielkim ciosie? I móc wybaczyć sobie wzajemnie dawno popełnione błędy? Każdy z członków Avengers znacznie odmiennie próbuje dojść do siebie. Zdecydowanie jedną z najbardziej dramatycznych postaci w całym filmie jest Hawkeye, którego nie mieliśmy szansy zobaczyć w „Wojnie bez granic”. Wraz z utratą wszystkiego co najbliższe zmienia się on nie do poznania, lecz w obliczu szansy odkupienia przeszłości postanawia zrobić wszystko, by zmazać swoje grzechy. Jeremy Renner w końcu otrzymał więcej czasu na ekranie co bardzo cieszy bo dzięki temu dodał on niezwykłych emocji swojej postaci, a sama relacja Clinta Bartona ze swoją dawną przyjaciółką, Natashą Romanoff, po raz kolejny świetnie graną przez Scarlett Johansson, również ma niezwykły pokład emocjonalny. Co do samej Czarnej Wdowy, to kulminacja jej historii także nie rozczarowuje. Z zawodowej zabójczyni Natasha przeradza się w lidera Avengersów, ale piętno dawnego życia dalej na nią wpływa. Zupełnie natomiast inaczej do tematu podszedł Bruce Banner (Mark Ruffalo), który ze wściekłego Hulka zmienił się w śmieszka i gwiazdę uliczną. Chyba jednak najbardziej kontrowersyjna, a zarazem najzabawniejsza będzie i tak przemiana Thora, o której wolę nie mówić nic więcej, by niczego nie zdradzić. Powiem jedynie tylko, że pozostawia ona także w Bogu Piorunów pewne niezmazalne poczucie winy, a Chris Hemsworth po raz kolejny nie zawiódł, świetnie spisując się w swojej roli. Przedostatnim ze Starej Gwardii Mścicieli jest też Kapitan Ameryka, którego udział w poprzedniej odsłonie można by nazwać ledwie marginalnym. Tutaj natomiast na szczęście otrzymuje znacznie więcej ekranowego czasu, dzięki czemu Chris Evans ma szansę na wykazanie się w paru momentach. Steve Rogers jest bez dwóch zdań ciekawą postacią, której głębi nadali właśnie bracia Russo, ale mimo wszystko trudno nie odczuć, że zakończenie jego historii może i wzruszające, ale pozostawia spory niedosyt.

Znalezione obrazy dla zapytania avengers 1920x1080 fight scene film

Poza oryginalnym składem Avengersów pojawia się tu także parę innych, nowych członków, którzy pomimo że nie są aż tak ze sobą zaznajomieni jak powyższa „wielka szóstka”, to mimo wszystko również mają spore znaczenie dla historii. Na czoło wśród nich wysuwa się na pewno Ant-Man, czyli najmniejszy ze wszystkich superbohaterów, co nie znaczy jednak że nie jest on odważny i zdolny do poświęceń. To dzięki niemu w ogóle powstaje sam pomysł przeniesienia się w czasie, a sam Scott Lang w paru momentach kradnie całe show, co w głównej mierze jest zasługą wielkiego talentu humorystycznego odgrywającego go po raz kolejny Paula Rudda. Z innych postaci drugoplanowych na uwagę zasługuje również Nebula, czyli przybrana córka Thanosa, która została przez niego wychowana na bezwzględną i pełną gniewu zabójczynię. Wraz jednak ze śmiercią swojej siostry, Gamory, która jako jedyna darzyła ją miłością, Nebula nie ma już nic do stracenia, a mimo to w dalszym ciągu czuje się samotna. Tak jak w „Wojnie bez granic” poznaliśmy bliżej relację pomiędzy Thanosem, a Gamorą, tak tutaj z kolei dostajemy szansę na to samo z perspektywy drugiej siostry. I bardzo to cieszy bo dzięki temu nie tylko urocza Karen Gilian ma w końcu co zagrać, ale również sama Nebula nabiera bardziej dramatycznego wymiaru, stając się tym samym jedną z najciekawszych postaci w całym filmie. Ponadto pojawia się tu najbliższy przyjaciel Tony’ego Starka, czyli James Rhodes (Don Cheadle) oraz gwiezdny szop Rocket, który ponownie zalicza świetny duet z Thorem. Jedynie nijaka postać Kapitan Marvel została tu wprowadzona kompletnie bez sensu i spokojnie można by było ją pominąć. Parę słów należy się również głównemu antagoniście, czyli Thanosowi. W poprzedniej „Wojnie bez granic” to jego można było nazwać głównym bohaterem, lecz w finałowej odsłonie jest go już znacznie mniej. Mimo to wciąż czuje się napięcie, gdy tylko pojawia się na ekranie, tym bardziej, że Josh Brolin wypada w tej roli ponownie bardzo charyzmatycznie, ukazując niezwykłą przemianę Thanosa z oświeconego Mesjasza w prawdziwą Apokalipsę.

I na samym końcu on. Iron Man. Superbohater od którego wszystko się zaczęło wraz z pierwszym filmem MCU w 2008 roku i który teraz wszystko miał zakończyć. Przez te ponad 10 lat Tony Stark stał się symbolem bohaterstwa. Symbolem tego, że ze zwykłego, zakompleksiałego w sobie miliardera i biznesmena zawsze można stać się kimś lepszym, kto przyniesie ludziom nadzieję na lepsze jutro. Iron Man w bardzo krótkim czasie stał się idolem widzów, którzy traktując go niemal jak prawdziwego superbohatera, zawsze trzymali za niego kciuki i życzyli mu tylko tego najlepszego. Lecz przez te wszystkie lata wielka przemiana zaszła nie tylko u jego kompanów, ale również w samym Tony’m, który najpierw czując się głównym odpowiedzialnym za stworzenie Ultrona, a później zdradzonym przez Kapitana Amerykę, zaczął się starzeć i z czasem zrozumiał, że jego era już minęła. Po swojej ostatniej klęsce i stracie tych, których przysięgał bronić, Tony zamknął się jednak w sobie i chcąc zapomnieć o przeszłości postanowił zerwać raz na zawsze z superbohaterstwem i założyć rodzinę. Gdy zaś otrzymuje szansę odkupienia, to postanawia pomóc, choć wie, że może przypłacić za to życiem i więcej nie zobaczyć swoich najbliższych. Tony Stark to zdecydowanie najbardziej dramatyczna postać w tym filmie, ale która dzięki swojemu świetnemu rozpisaniu, staje się dla widza kimś najbliższym. Robert Downey Jr już nie raz w swojej karierze udowadniał światu, że jest świetnym aktorem. I tutaj wspiął się na same wyżyny swojego aktorstwa bo tylu emocji dawno nie doświadczyłem, a sam Iron Man dzięki poświęceniu w imię większego dobra dopełnił swojego przeznaczenia, stając się prawdziwym superbohaterem.

Avengers: Koniec gry

Każda podróż musi się kiedyś skończyć. Czy to umierając wśród przyjaciół, czy dryfując samotnie w kosmosie, czy też walcząc ramię w ramię z kompanami w imię wyższego dobra. Tak po prostu już jest. I tu właśnie dochodzimy do końca Avengers. Legendarnych Mścicieli, którzy przysięgali walczyć w imię sprawiedliwości. W ich historii nie zawsze było łatwo – musieli stawiać czoło najbardziej wymagającym przeciwnikom, często byli narażeni na największe niebezpieczeństwa świata, miewali też między sobą spory, które prowadziły do konfliktów, a w końcu też musieli się zmierzyć z własnymi problemami, niepewnością, stratą osoby bliskiej, bądź samotnością. W finałowej odsłonie przygód słynnych Mścicieli bracia Russo z całą pewnością nie mieli łatwego zadania. Musieli się bowiem nie tylko zmierzyć z legendą Marvela, ale również stawiając bardzo wysoko poprzeczkę po „Wojnie bez granic” mogli się narazić na druzgocącą porażkę. W dodatku „Avengers: Koniec gry” od początku był zapowiadany jako koniec pewnej epoki. Potrzeba było więc doskonałego zwieńczenia, dzięki któremu moglibyśmy być świadkiem czegoś niezwykłego, czego na nigdy już nie zapomnimy. Bracia Russo dali z siebie wszystko, tworząc film prosto z serca dla fanów i z całą pewnością ich poświęcenie nie poszło na marne.

Nie ma co jednak też w tym miejscu zakłamywać rzeczywistości: Nie jest to film idealny i w moim odczuciu nawet trochę gorszy od zeszłorocznej „Wojny bez granic”. Pomimo licznych gloryfikacji, które z pewnością można przypisać „Końcowi gry” zdarzają się tu również pewne nieścisłości i dziury fabularne. Dodatkowo nie udało się w pełni dobrze wykorzystać potencjału paru postaci (czego dobrym przykładem wydaje się być zupełne pominięcie postacie Okoye), a sama końcówka jest za bardzo przeciągnięta. Nawet jeśli jednak pojawiają się te pewne niedociągnięcia, to i tak nie zmienia to faktu, że „Avengers: Koniec gry” jest jak wielka bomba emocjonalna. To także może nie perfekcyjna, ale i tak całkiem zadowalająca kulminacja przygód Avengersów, z którymi mieliśmy już szansę się zżyć, a przede wszystkim film zrobiony z miłości do kina superbohaterskiego.. Teraz tylko pozostaje pytanie: I co dalej? Co można zrobić w obliczu takiego zakończenia pewnej epoki? W jednym zwiastunów Tony Stark zaznacza swoimi słowami, że Part of the journey is the end. I rzeczywiście coś się skończyło. Ale na całe szczęście to nie oznacza definitywnego zakończenia tej historii. Czas zatacza więc krąg i jedyne co możemy teraz zrobić to zapamiętać bo za każdym takim sukcesem kryje się też wielkie poświęcenie, o którym nigdy nie powinniśmy zapomnieć. Coś się kończy, a coś zaczyna…

 

Ocena Filmaniaka:

8/10

1280px-4_stars.svg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s