„Martwe zło” – recenzja filmu „Smętarz dla zwierzaków”

dnia

Stephen King to na ten moment zdecydowanie jeden z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy na całym świecie, którego książki rozeszły się już w nakładzie przekraczającym ponad 350 mln egzemplarzy. I trudno się temu specjalnie dziwić bo każda z książek jego autorstwa wyróżnia się na tle wielu innych podobnych podróbek. Kto jednak by pomyślał w tym miejscu, że autor kultowego „Miateczka Salem” specjalizuje się wyłącznie w pisaniu przerażających koszmarów, to byłby bez wątpienia w wielkim błędzie, gdyż w jego dotychczasowej bibliografii można by było także natknąć się na parę propozycji z innych gatunków literackich. Pomimo to Stephen King i tak bardziej jest rozpoznawalny z tymi niepokojącymi opowieściami, które jednakże nie skupiają się wyłącznie na dostarczaniu czytelnikowi możliwych momentów strachu, ale często skupiają się również na ludzkiej psychice, pokazywaniu pewnych ludzkich cech oraz poruszeniu ważnych wątków takich jak śmierć, opuszczenie, czy osamotnienie. Dzięki temu właśnie są one tak niesamowicie wyjątkowymi pozycjami, z którymi powinien się zaznajomić w pierwszej kolejności każdy, kto jest fanem literatury grozy.

Chyba jednak książki Kinga nie byłyby nigdy tak bardzo rozpoznawalne, gdyby nie jej późniejsze ekranizacje, które również zawsze cieszyły się sporą popularnością wśród widzów. Wbrew pozorom ale one również bywały bardzo udane, czego chyba najlepszym przykładem są filmy Franka Darabonta na czele z niezwykle emocjonalną „Zieloną milą” z Tomem Hanksem w roli głównej, czy fenomenalnymi „Skazanami na Shawshank”, którzy zdobyli aż 7 nominacji do Oscara w 1995 roku, w tym za Najlepszy Film. I dzięki takim ekranizacjom widz po obejrzeniu seansu aż sam chciał sięgnąć po pierwowzór. Niestety ostatnimi czasy coraz ciężej w świecie kina o udane ekranizacje książek Kinga, a jeśli nawet to w większości dotyczą one seriali na przykładzie choćby zeszłorocznego „Castle Rock”. Teraz zaś Kevin Kolsh wraz z Dennisem Widmyerem podjęli chęć zmierzenia się z kolejną legendą Stephena Kinga, która tym razem dotyczy jego jednej z najtrudniejszych powieści, a więc „Smętarza dla zwierząt”. Książka ta doczekała się już co prawda swojej jednej ekranizacji, ale nie była ona zbyt udana. Czy więc im udało się odmienić to złe wrażenie na lepsze? Niestety „Smętarz dla zwierząt” to doskonały przykład filmu, w którym to co martwe, czasem lepiej żeby zostało po prostu zapomniane…

Louis Creed (Jason Clarke) jest świetnym doktorem, a zarazem głową 4-osobowej rodziny, którą obiecywał zawsze strzec. Chcąc zapewnić sobie i swojej ukochanej żonie Rachel (Amy Seimetz) lepszą przyszłość, mężczyzna postanawia przeprowadzić się w spokojne miejsce, gdzie mogliby wychować swoją 2 dzieci: dziewczynkę Ellie (Jeté Laurence) oraz chłopca Gage’a (Hugo Lavoie, Lucas Lavoie) z dala od miejskiego zgiełku. W ten właśnie sposób rodzina Creedów wraz z poczciwym kocurem Churchem z hałaśliwego i tętniącego życiem Bostonu przenosi się do położonej na uboczu małej miejscowości Ludlow, która tylko z pozoru sprawia wrażenie spokojnego miejsca, gdzie mieszkańcom nie grożą żadne niebezpieczeństwa. Jak się bowiem okazuje do terenu nowej posiadłości należy również duża część lasu, w którym kryją się mroczne sekrety. Już pierwszego dnia ciekawska Ellie odkrywa tam niezwykłe miejsce – tytułowy cmentarz dla zwierząt, gdzie ludzie chowają swoje nieżywe pociechy. Tajemnicę tego miejsca wyjaśnia Creedom zaprzyjaźniony sąsiad Jud Crandall (John Lithgow), który od swojego urodzenia mieszka w Ludlow i wie o nim wszystko. Mimo pewnych ostrzeżeń, początkowo wszystko wydaje się być w porządku. Ale tylko do czasu, gdy w życiu Louisa dochodzi do dramatycznego wydarzenia, które spowoduje że nic już nie będzie takie jak wcześniej, a z tajemniczego lasu obudzą się ukryte siły zła…

Ostatnimi czasy fani horrorów z całą pewnością nie mają się na co skarżyć, a wręcz mogą się radować, bo po wielu nieudanych latach dwa razy z rzędu w 2017 oraz 2018 doszło do kompletnie zaskakującego triumfu, gdy w ciągu zaledwie jednego roku na ekranach kin pojawiły się co najmniej dwie udane produkcje. Zostały one docenione nie tylko przez zagranicznych recenzentów i sporo grono publiczności, ale także osiągnęły sukces w box-officie, zdobywając na swoje konto pokaźną kwotę pieniędzy. Tak było choćby w przypadku ubiegłorocznego filmu Krasinskiego, czyli „Cichego miejsca”, czy obu produkcji Jordana Peele, które niezmiernie cieszą się popularnością na całym świecie. W obliczu tak nagłego wzrostu zainteresowania tym gatunkiem filmowym, pomysł ze stworzeniem kolejnej ekranizacji Stephena Kinga był bez wątpienia bardzo dobry, a to tym bardziej, że ostatnie „To” z upiornym klaunem Pennywise’m, stało się jednym z najbardziej dochodowych horrorów w historii kina. Tam jednak był jakiś pomysł, a przede wszystkim utalentowany reżyser Andres Muschietti, który w świetny sposób przeniósł na ekran klimat z lat 80 i choć sam film w sobie nie jest prawie w ogóle straszny, to jednak czuć w nim było serce i ambicje na stworzenie ciekawej historii. Tego samego niestety nie można powiedzieć w przypadku filmowego „Smętarzu dla zwierząt”, który nie dość że został brutalnie obdarty ze swojego psychologicznego wizerunku, to jeszcze pod wieloma względami sprawia wrażenie typowo mało przerażającego „straszaka” sprzed 10 lat. A szkoda.

Znalezione obrazy dla zapytania Pet Sematary film 1920x1080

Początkowo jednak nic nie zwiastuje tak źle poprowadzonej historii, a wręcz przeciwnie: można nawet odnieść wrażenie, że ma ona w sobie naprawdę spory potencjał. Film Kevina Kolscha oraz Dennisa Widmyera zaczyna się w typowy sposób dla poprzednich ekranizacji książek Kinga: mamy jakąś rodzinkę, która sprawia wrażenie szczęśliwej, widz może ich polubić, wszystko wydaje się być takie szczęśliwe i bezpieczne, ale tylko do czasu. Wówczas bowiem nasi bohaterowie zaczynają być świadkami nabierającego rozpędu zła, na który co prawda z początku nie zwracają większej uwagi, ale w miarę upływu czasu jego symptomy są coraz bardziej zauważalne. I ta część filmu jeszcze jako tako się udaje reżyserom i to nawet pomimo tego, że w paru momentach można złapać siebie na mimowolnym znużeniu, bądź ziewnięciu. Takie wprowadzenie ma bowiem sens bo buduje klimat historii, który jest owinięty w jakby taką lekką mgiełkę budowanego napięcia, ale tylko wtedy jeśli potem akcja rusza jak z kopyta, a gromadzące się po drodze karty powoli zostają odsłonięte. I choć do tego pożądanego przyspieszenia rzeczywiście dochodzi, to niestety dzieje się to zdecydowanie za późno. W horrorach chodzi w końcu o to, by wyzwalały one w widzu skrywane pokłady emocjonalne, a niestety w przypadku tego filmu zupełnie to nie działa.

Największy problem ze „Smętarzem dla zwierzaków” polega na tym, że niestety, ale jego fabuła jest tak głupia, banalna i naiwna do granic możliwości, że widz ani na moment nie może uwierzyć w tą historię. Owszem, horrory z reguły zawsze opowiadają fikcyjne opowieści (choć zdarzyło się już parę przypadków, gdzie były oparte na prawdziwych wydarzeniach), ale ważne w przypadku takich filmów jest to, aby twórcy nie próbowali zrobić z oglądającego bałwana, który tylko wpatruje się z ich woli posłusznie w ekran, a który również dostaje szansę na wniknięcie w tą historię i zaangażowanie się w nią pod względem emocjonalnym. Tak było w przypadku „Obecności” Jamesa Wana”, „Uciekaj!” Jordana Peele, czy nawet wspomnianego już wcześniej „To” Andresa Muschiettiego. A tak po raz kolejny nie jest w przypadku tej ekranizacji książki Stephena Kinga co wynika przede wszystkim z fatalnego scenariusza autorstwa Jeffa Buhlera. Bardzo bolącym faktem jest zwłaszcza to, że treść fabuły można bez żadnych problemów odgadnąć po obejrzeniu już zaledwie jednego zwiastuna. Owszem, twórcy mogą się zarzekać, że zaproponowali w filmie o wiele więcej niż w zapowiedzi, ale prawda jest zawsze tylko jedna i tym razem nie sprzyja ona ani trochę filmowi, który nie dość że często nuży, to jeszcze jest banalny do granic możliwości. Początkowo naprawdę można szczerze zainteresować się tym, co się dzieje na ekranie, ale im dalej w las, tym jest coraz ciemniej…

Smętarz dla zwierzaków

W kontekście samej historii martwią również bardzo licznie pojawiające się odstępstwa w porównaniu do pierwowzoru Stephena Kinga. Przede wszystkim brak tutaj samej próby uchwycenia przez reżyserów tej mroczno-psychologicznej aury, jaka bez dwóch zdań mogła towarzyszyć czytającemu książkę „Smętarz dla zwierząt”. Po raz kolejny pod tym względem główna wina i tak leży po stronie beznadziejnie rozpisanego scenariusza, który poza oparciem się na licznych schematach, nie ma zupełnie niczego ciekawego i nowego do zaoferowania oglądającemu. Same jednak osobowości głównych bohaterów również zostały spłycone i ani trochę rozwinięte. Warto pamiętać w tym miejscu, że „Smętarz dla zwierząt” to nie tylko trzymający w napięciu horror, ale także bardzo dokładna interpretacja trudnego tematu żałoby, z którym musi się zmierzyć człowiek po stracie ukochanej osoby. I niestety, ale w filmie zupełnie tego nie doświadczycie. Główny bohater, Louis, to tbowiem tak głupia postać, że nawet nie da się mu w ogóle współczuć straty, a co dopiero go zrozumieć. Z kolei wątek poświęcony jego żonie, Rachel i jej traumie związanej z tragiczną śmiercią siostry do pewnego momentu naprawdę był intrygujący, ale później od tak został odstawiony na bok i urwany w połowie, czego nie można wybaczyć twórców filmu. Reżyserzy wyraźnie odarli tą jakby nie patrzeć niezwykłą historię z wszelkiej głębi, stawiając w głównym stopniu na akcje i momenty strachu. To może w związku z tym film jest chociaż straszny? Odpowiedź jest krótka: NIE – bo budowanie napięcia jedynie za pomocą krzyków lub przewidywalnych jumpscareów już dawno na nikim nie zrobi żadnego wrażenia, a Kevin Kolsch oraz Dennis Widmyer kompletnie tego nie rozumieją, idąc uparcie swoją złą ścieżką do przodu. Film po prostu sprawia wrażenie zacofanego, co z całą pewnością w niczym mu nie pomaga, a tylko jeszcze bardziej szkodzi.

Sama zresztą hollywoodzka obsada także w większości nie spełniła pokładanych w nią nadziei, choć tutaj w porównaniu do beznadziejnego scenariusza można przynajmniej odnaleźć parę pozytywów aktorskich. Mimo to Jason Clarke i tak nie do końca udanie poradził sobie w roli głównego bohatera Louisa Creeda, sprawiając przez cały czas wrażenie dziwnie zesztywniałego i nie w pełni orientującego się w tym, jak wielki dramat przeżywa grana przez niego postać. Szczególnie nieprzekonujące wypadły w jego wykonaniu sceny, w których Louis powinien przeżywać największy dramat związany ze stratą bliskiej osoby oraz późniejsze szaleństwo bohatera, którego ani trochę nie dało się odczuć w czasie oglądania filmu. Główna wina i tak leży po stronie scenariusza, ale i tak Jasona Clarke’a stać było na znacznie więcej. Podobnie beznamiętnie zaprezentowała się również Amy Seimetz w roli żony Louisa, Rachel, której potencjału niestety zupełnie nie wykorzystano. Ale dla odmiany pojawiający się na drugim planie John Lithgow poradził już sobie znacznie lepiej, a z kolei córeczka Louisa, Ellie w wielu momentach kradnie całe show. Wcielająca się w nią młodziutka Jeté Laurence poradziła sobie w tej roli naprawdę świetnie, bardzo przekonująco pokazując zwykłą dziecięcą ciekawość, która z czasem przeradza się w coś znacznie innego. Śmiem nawet sądzić, że to właśnie ona stanowi największą zaletę całego obrazu i jedynie właśnie dla niej warto pójść do kina na ten film bo zagrała jak profesjonalna aktorka. Ale nie tylko jedynie dla niej… bo w filmie pojawia się również pewien kot. I to nie byle jaki bo na imię mu Church i raz potrafi być milusińskim dobrym kotkiem, by zaraz potem zmienić się nie do poznania. W poprzedniej ekranizacji zdecydowanie mniej czasu poświęcono dla tej postaci, a szkoda bo nawet w kocie jest coś upiornego, co zaskakująco dobrze udało się ukazać twórcom filmu. Ale nie ma też co się łudzić: to jest jedna z jedynych ich dobrych decyzji.

Smętarz dla zwierzaków

„Smętarz dla zwierząt” to taki przykład filmu, w którym widz nieodparcie czuje że coś jest nie w porządku, ale mimo to przez dłuższy czas nie jest w stanie zrozumieć w czym dokładnie tkwi problem. Bo z pozoru wszystko się tutaj zgadza, ale niestety tylko z pozoru: mamy powolny wstęp, który ma uśpić czujność oglądającego, pokazanie głównych bohaterów oraz pierwszych symptomów nadciągającego zagrożenia i nagłe przyspieszenie fabuły. I wszystko na okładce wydaje się wyglądać dokładnie tak jak powinno, tym bardziej że pod względem wizualnym nie można wiele zarzucić obrazowi Kevina Kolscha oraz Dennisa Widmyera bo mroczne barwy zaakcentowane przez zdjęcia potrafią budować napięcie, a aura tajemniczości poprzez tytułowy cmentarzyk jest wyczuwalna już od pierwszych scen. Lecz wówczas dochodzi do pewnego zwrotu, który niszczy cały porządek rzeczy… Od tego momentu dla oglądającego wszystko naraz staje się takie naiwne, głupie i przerysowane do granic możliwości, a twórcy filmu nie pomagają w tym stawiając na kolejne banalne rozwiązania. A jeśli już nawet próbują to zrobić, to zupełnie im się to nie udaje. Problemy się nagromadzają, widz odczuwa coraz większe zmęczenie, a całość wieńczy fatalny utwór muzyczny zespołu Starcrawler pt.: „Pet Sematary” (tak beznadziejnej piosenki na potrzeby filmu jeszcze dawno nie słyszałem), który zamiast wzbudzać jakiekolwiek emocje, tylko jeszcze mocniej popędza człowieka do jak najszybszego opuszczenia sali kinowej…

Czy więc warto wybrać się do kina na ten film? Szczerze mówiąc, dla tych wszystkich, którzy są fanami twórczości Stephena Kinga, gorąco bym odradzał tego pomysłu bo niestety, ale „Smętarz dla zwierząt” nie dość, że nie trzyma w tak wielkim napięciu co książka, to jeszcze został zupełnie obdarty ze swojego mroczno-psychologicznego wizerunku. Ci natomiast, którzy nie mieli większych oczekiwań względem tego obrazu, być może będą się dobrze bawili, ale i tak ich zadowolenie będzie tylko częściowe, gdyż film ten nie wyróżnia się niczym na tle wielu innych typowych horrorowych potworków. Do tego wszystkiego film ani na moment nie jest straszny, a sam osobiście najbardziej się przestraszyłem… gdy usłyszałem na napisach końcowych koszmarny utwór zespołu Starcrawler. Pewnie, można się dobrze bawić, ale tylko do pewnego momentu, bo tak jak pierwsza połowa jest jeszcze w miarę ciekawa, tak niestety w drugiej pojawia się tu tyle niedopowiedzeń i banalnych rozwiązań fabularnych, że ciężko przymknąć oko na tak rażące błędy. Choć więc w filmie głównym przeciwnikiem jest niby martwe zło, to jednak zdecydowanie nie warto było powrócić do tej legendy Stephena Kinga. Hasło na promującym film plakacie wcale nie kłamało: „Czasami martwe jest lepsze”. I nie warto je ożywiać… Bo tylko przynosi Zło.

 

Ocena Filmaniaka:

4/10

2_stars.svg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s