„Psychodeliczna sielanka” – recenzja filmu „Midsommar. W biały dzień”

W jednej ze scen w najnowszym filmie Ariego Astera, główna bohaterka, Dani, bierze udział w konkursie, polegającym na jak najdłuższym tańcu wokół Słupa Majowego. I nie byłoby zapewne w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to część prawdziwego rytuału pogańskiego święta w Szwecji, obchodzonego tam w każde przesilenie lata, czyli tytułowego Midsommar, który zwiastuje nadejście „częściowego słońca”. Nasza bohaterka wspólnie z pozostałymi uczestniczkami kręci się więc bez przerwy wokół Słupa, a kolejnym jej obrotom coraz to szybszego tempa nadają smyczki od skrzypiec. Kręci się i kręci… a my, widzowie… wraz z nią. Z biegiem czasu zaczynamy tak samo jak ona odczuwać te silniejsze zawroty głowy, żołądek ściska się nam w wąski pęcherzyk, a oczy zamieniają się w świdrujące punkciki na niebie. Z powodu tego zaburzenia perspektywy, my się wręcz odrywamy od całego świata rzeczywistego i możemy poczuć się jak w innym wymiarze. A choć ciągle wokół nas roztacza się niebiański blask, to wewnętrznie czujemy, jakbyśmy się przenosili w coraz to niższe poziomy piekła. I jedni poddadzą się temu psychodelicznemu rytuałowi Ariego Astera, a inni wręcz odwrotnie: zapragną jak najszybszej ucieczki z tego pola elizejskiego. Jedno jest pewne: nie tylko w czasie święta, ale także w trakcie filmu swoje brutalne rządy na ekranie sprawuje jeden, wielki CHAOS. W metaforycznym, ale również dosłownym tego słowa znaczeniu.

Główna oś fabularna tego dziwacznego, ale jakże fascynującego eksperymentu Ariego Astera na psychice widza skupia się na historii bardzo wrażliwej i młodej dziewczyny Dani (Florence Pugh), która już w otwierającej film scenie traci całą swoją rodzinę – matkę, ojca oraz siostrę w dramatycznych okolicznościach. W ten oto sposób jedyną bliską jej osobą zostaje chłopak, Christian (Jack Reynor), który jednak znacznie bardziej woli spędzać czas z kumplami niż swoją dziewczyną. I właśnie z nimi, bez wcześniejszej konsultacji z Dani, decyduje się wyjechać do wioski Hälsingland w Szwecji, skąd pochodzi jeden z jego przyjaciół, Pelle (Vilhelm Blomgren). A wszystko po to, by być świadkiem niezwykłego Midsommar – święta obchodzonego raz na 92 lata przez pogan. I jedni z nich, jak Josh (William Jackson Harper) jadą tam, by dokończyć swoją pracę magisterską, a inni jak niedojrzały Mark (Will Poulter), aby zażyć nowych erotycznych doznań. O ich wyjeździe dowiaduje się jednak Dani, która postanawia dołączyć do wyjazdu, by móc wreszcie pogodzić się ze śmiercią najbliższych. Gdy dojeżdżają na miejsce, okazuje się, że Midsommar przekracza wszelkie ich oczekiwania. Z czasem na miejscu zaczynają się dziać coraz dziwniejsze i pokręcone rzeczy, a zwykłe tradycje zamieniają się w przelewanie krwi…

W erze tych wysoko budżetowych remaków, prequeli, reebotów i wszelkiego rodzaju blockbusterów, naprawdę ciężko wybić się do góry, by sięgnąć samego nieba. Większość producentów stawia bowiem na ilość, a nie na jakość i stąd tak często ostatnimi czasy powstaje nieudanych widowisk. Na tej niekorzystnej sytuacji dla kina rozrywkowego, skorzystały jednak pewne produkcje, które wcześniej nie były traktowane nigdy poważnie, a więc horrory. Po ogromnym bowiem sukcesie 2 części „Obecności” na scenę wkroczyło paru utalentowanych reżyserów, którzy zmienili ich oblicze. A wśród nich na czele stanęli Robert Eggers (twórca „Czarownicy”), Jordan Peele (reżyser „Uciekaj!”), a spore nadzieje żywiono także względem Ariego Astera, który swoim „Dziedzictwem” zachwycił rok temu. Tak jak jednak Peele pod płaszczykiem czarnego humoru stawia na bardzo ważne i trudne pytania, a Eggers łączy kino grozy z surrealistycznym, tak dla Ariego Astera najważniejsze jest zgłębianie ludzkiej psychiki w nieznane rejony i stawianie jej w mocno ekstremalnych warunkach. I tak też jest w przypadku jego najnowszego filmu, a przynajmniej do czasu, bo Dani zmaga się z traumą po stracie rodziny, a nowe wydarzenia budzą w niej trudne wspomnienia. Stąd przez dłuższy czas na początku zamiast szybkiej akcji, reżyser powoli odkrywa przed nami kolejne karty. Aster jako jeden z nielicznych rozumie, że gdy ma się do czynienia z tak bardzo poranioną osobą, to nie wystarczy wyrazić jej uczuć słowami, a należy wniknąć w jej umysł. Stąd krzyk rozdzierający ciało Dani to nie jest wyłącznie krzyk strachu – a krzyk wielkiego bólu i osamotnienia.

Znalezione obrazy dla zapytania midsommar 1920x1080

Po tym nieco przydługim wstępie, w trakcie którego widz ma szansę wniknąć w trudną osobowość Dani, wspólnie wraz z bohaterami przenosi się do północnej Szwecji, by przeżyć z nimi tytułowe Midsommar. Od początku jednak tego wyjazdu czuć, że to nie będzie ta sama przyjemna wycieczka, do których można było się już przyzwyczaić. Gdy bowiem zbliżamy się do Hälsingland, kamera nagle zaczyna na naszych oczach stopniowo się odwracać i chwilę potem obserwujemy świat do góry nogami. Ten z pozoru zwykły chwyt operatorski to jednak nic innego jak pierwsze ostrzeżenie od Ariego Astera, który pokazuje, że wchodząc do świata Midsommar, nic już nie będzie takie, jakie mogłoby się zdawać. Ale na początku widz nie zdaje sobie kompletnie sprawy z zagrożenia, jakie kryje się w tym z pozoru zwykłym i normalnym społeczeństwie. Zresztą, ciężko się nie zakochać w tym świecie, gdyż wszyscy mieszkańcy posiadają własne unikalne i haftowane stroje, mieszkają w pięknie przyozdobionych chatach, a ich wspólna zażyłość i zrozumienie budzą nawet podziw. A widz jak kolejny uczestnik wycieczki także otrzymuje szansę na wniknięcie w najgłębsze struktury tej dziwacznej społeczności. Jego jednak początkowa fascynacja, podobnie jak u postaci, z czasem przeradza się w niepokój, niezrozumienie, a w końcu też strach.

Ale ten strach wynika wyłącznie z dziwacznego sposobu przedstawienia poszczególnych tradycji mieszkańców, a nie wydarzeń, rozgrywających się na oczach widza. Nie ma co jednak zaklamywać rzeczywistości – „Midsommar” ani na moment nie jest filmem strasznym, a zamiast tego oddziela siebie wyraźną kreską od wszystkich typowych „straszaków”. Takie podejście Ariego Astera na pewno budzi spory podziw, bo nie łatwo ostatnimi czasy nakręcić widowisko, którego nie dałoby się przyrównać z niczym innym. Jemu jednak udało się dokonać tego czynu, gdyż nawet jeśli historia Dany i jego przyjaciół może wzbudzić pewne podobieństwa do obu filmów Jordana Peele, czy niezwykle przytłaczającego doświadczenia, jakim był „Climax”, to poprzez przeniesienie całej historii do jakiejś położonej na uboczu wioski w Szwecji i tak zaraża oglądającego swoim unikalnym klimatem, skąpanym w słońcu, jak na rajskiej sielance. Problem polega na tym, że poprzez to niezwykle powolne, a wręcz ślimacze tempo akcji, początkowa fascynacja widza z czasem zaczyna się zmieniać w zwykłe znużenie, by koniec końców stać się nudą. Oglądanie przebiegu kolejnych tradycji jako tako może jeszcze wyzwolić pokłady emocjonalne, ale już sama fabuła ani na moment nie budzi zainteresowania, bo wszystko dzieje się tutaj za wolno. Gdyby chociaż co pewien czas dochodziło tu do jakiś zaskakujących zwrotów akcji, ale nie: choć mamy do czynienia z historią pełną napięcia, to paradoksalnie dochodzi do niego tylko w określonych momentach. A postacie, którymi losami powinniśmy się przejmować, tracą dla nas jakiekolwiek znaczenie i poza Dani są wręcz nam całkowicie obojętni. W rezultacie przeżywanie tej historii wiąże się z mimowolnym obdarciem z jakikolwiek emocji i siedzeniem jak niczym jak na jakiejś katordze. Bo choć może się nam wydawać, że ona przeminie, to jednak jest dokładnie tak samo jak z tą odwróconą kamerą.  To zwykłe złudzenie.

Midsommar. W biały dzień

Wygląda to tak, jakby Ari Aster padł urokiem naprawdę przepięknej wioski Hälsingland i z powodu swojego zamiłowania do jej kultury, zapomniał o całym bożym świecie. Bo niestety tak jak początkowo fabuła jest w stanie szczerze zainteresować oglądającego, tak z czasem może stracić dla niego jakiekolwiek znaczenie. Martwi zwłaszcza zupełne zignorowanie wątku żałoby głównej bohaterki. Z początku może się bowiem wydawać widzowi, że będzie odgrywał on duże znaczenie dla całej historii, ale potem nie tylko on, ale także cała strefa psychiczna Dani zostaje sprowadzona wyłącznie do głębszego wnikania w strukturę Hårgi. Poprzez osamotnienie i przeżywanie trudnych momentów bez wsparcia kogokolwiek, dziewczyna czuje się jednak, jakby w miejsce wcześniejszego spokoju w jej życiu zaczął rządzić chaos i dlatego coraz mocniej zaczyna się zamykać w samej sobie przed całym światem. Zdana wyłącznie na samą siebie Dani usilnie poszukuje zrozumienia – i odnajduje je wśród mieszkańców. Społeczeństwo to na pewno budzi sporą fascynację i co do tego nie ma żadnych wątpliwości, ale te kolejne psychodeliczne obrzędy mieszkańców sprawiają, że to na nich koncentruje się główna uwaga widza, a nie na bohaterach, którzy są przecież najbardziej tragicznymi ofiarami całego spisku. W dodatku są rozciągnięte do granic możliwości, że całe wcześniejsze budowanie powagi i napięcia, z czasem staje się po prostu niepoważne. Jak zresztą i cała warstwa emocjonalna, bo widz oglądając kolejne sceny nie ma pojęcia, czy ma się dziwić coraz bardziej wymyślnym pomysłom, czy też potraktować tą całą historię jaką celową przesadę i zacząć się głośno śmiać. Dla przykładu w ostatnim filmie Jordana Peele, czyli „To my”, wyraźnie zostala zaznaczona linia, oddzielająca świat mroku od groteski. W „Midsommarze” zaś każda reakcja powoduje coraz większą konsternację i brak skupienia. Ari Aster zapewne nieprzypadkowo terroryzuje widza, dostarczając mu coraz trudniejszych scen, które nie sposób jest oglądać na zdrowych zmysłach. Szkoda tylko, że jest to nieuzasadniony terror, który choć wypływa z pewnych rozwiązań fabularnych, to jednak są one po drodze tak bardzo spłaszczone i naciągnięte, że cała ta przesada zamiast napięcia i fascynacji, może się przerodzić u co niektórych w coraz większe obrzydzenie jak przy kilkuminutowej scenie erotycznej. To obrzydzenie nie jest niestety jednak skierowane w stronę mieszkańców, czy bohaterów, a… całego filmu.

Mimo to, w głównym stopniu Ari Aster stara się traktować tą historię poprzez wzajemne odczuwanie emocji, które w jego rozumieniu można uznać jako pewne pojednanie się do uzyskania siły, zdolnej przezwyciężać przeciwności losu. Doskonale to widać choćby w relacjach pomiędzy mieszkańcami Hälsinglandu, których tradycje oczywiście są bardzo brutalne i niemoralne, ale nie traktują ich jako fanatyków, a społeczeństwo, które wspólnie opłakuje śmierć kogoś z bliskich i raduje się z momentów szczęścia u kogoś innego. Tą wspólnotę nie można więc traktować jako grupę psychopatów, a niezwykle wierzących ludzi, którzy się nie cofną przed niczym, by wypełnić to, co do nich należy. A choć składają ofiary z ludzi, to najważniejszym wyznacznikiem dla ich przerażającej wiary nie jest wcale krew, czy śmierć, a… życie. Każdy żywot mieszkańca jest podzielony na 4 etapy, w trakcie których spełnia różne role, a po wypełnieniu ich wszystkich dochodzi do końca swojego kręgu życia. Na oczach widza ci wszyscy, poganie, opuszczeni przez Boga, a świętujący nadejście przesilenie lata, są niezwykle silnymi wyznawcami swojej wiary. A pośród tego całego kultu zostaje osadzona postać głównej bohaterki, Dani. Z pozoru wydaje się ona zupełnie nie pasować do otaczającego ją świata, bo tak jak inni przeżywają obchody z wielką radością (mieszkańcy Hårgi) lub fascynacją (koledzy z wyjazdu), tak ona przez dłuższy czas podchodzi do nich z pewną obojętnością. Lecz gdy dochodzi do pewnego brutalnego wydarzenia, to na nowo otwiera się rana w jej sercu. Pragnie jak najszybciej uciec z miejsca, które ją niepokoi, ale jednocześnie coś wciąż ją do niego przyciąga. Tradycje Midsommar może i wzbudzą pewne kontrowersje, ale ci ludzie działają jako jeden wspólny organizm- Hårga. A Dani jest po stracie rodziny. Nie ma nikogo, a jedyny jej bliski Christian coraz bardziej się od niej oddala. Krok po kroku jesteśmy więc świadkami, jak ich związek rozpada się na mniejsze elementy, a w miejsce jego pojawia się u Dani nowa rodzina – Hårga. Ten efekt głębszego wnikania w psychikę Dani nie byłby jednak ani trochę możliwy, gdyby nie wcielająca się w tą rolę młodziutka Florence Pugh. To dzięki niej widz jest w stanie zainteresować się losem jej bohaterki  i uznać ją za ofiarę terroru. Wszelkie sceny emocjonalne w wykonaniu Pugh wypadają niezwykle przekonująco, a karykaturalny krzyk sprawia tak wiele psychicznego bólu, że nie sposób się od niego uwolnić.

Znalezione obrazy dla zapytania midsommar 1920x1080

Również od strony czysto estetycznej w najnowszym filmie Ariego Astera mamy do tu czynienia z istną perełką, jakich pojawiło się naprawdę bardzo niewiele we wszystkich horrorach na przestrzeni lat. Psychodeliczna aura nadchodzącego zagrożenia jeszcze tylko mocniej zostaje podkreślona przez to nieprzeniknione światło, które wlewa się aż w umysł ludzki. Ale nie po to by go oświetlić, a doprowadzić go mętliku i udaru jak przy zbyt mocno świecącym słońcu. Nie bez przyczyny akcja całego filmu jest osadzona w ciągu dnia – Ari Aster dokonuje tu bowiem pewnego przełomu, bo w zasadzie jako pierwszy buduje napięcie nie poprzez gęstniejący mrok, a górujące na niebie słońce. W tych jego zmaganiach natury czysto psychicznej towarzyszy mu ponownie polski operator, Paweł Pogorzelski, którego ujęcia, czujnie wychwytujące nawet najmniejszy ruch i badające psychikę widza poprzez liczne złudzenia w formach, są najzwyczajniej rzecz mówiąc fenomenalne. Fantastycznie zgrywają się z tym może i dziwacznym, ale też fascynującym poczuciem bezradności. Licznie pojawiające się zakrzywienia obrazu i masterszoty są ubogacone dodatkowo świetnie nakręconymi inscenizacjami grupowymi. A skoro o mieszkańcach mowa, to absolutnie nie można też tutaj nie wspomnieć o doskonałych kostiumach oraz scenografii, które doskonale budują wrażenie typowej sielanki, która jednak z czasem przeradza się w terror. Te wszystkie niuanse w strojach, drobiazgowo przeniesione na ekran budynki Hårgi, czy zdumiewająco pięknie ukazane tradycje – budują niesamowity klimat, którego nie da się przyrównać z niczym innym. A te buszujące kwiaty w wianku Dani… Majstersztyk.

Niestety, wszystkie te przepięknie kostiumy, budynki, a nawet pewne wzory, nawiązujące do mitologii nordyckiej… są niczym innym jak zwykłą wydmuszką. Może i rzeczywiście obłędnie wyglądającą, ale pustą w środku. Do pewnego bowiem momentu widz faktycznie jest w stanie zafascynować się tym światem i dramatyczną historią Dani, która po przejściu istnego piekła, przenosi się do ogrodu marzeń… ale po to, by okazał się on tym rajem utraconym. Dramatyczna przeszłość głównej bohaterki jest w zasadzie koniem napędowym dla całej fabuły, ściśle przylegającej do emocji, jakie przeżywają postacie. Ale niestety tylko do czasu. Ariego Astera można chwalić długo za odwagę, kreatywny pomysł i w końcu też za perfekcyjne przeniesienie na ekran przebiegu najważniejszych uroczystości w czasie święta Midsommar. Na czele wśród nich wysuwa się oczywiście taniec wokół Słupa Majowego (midsommarstång), który wywodzi się z czasów germańskich, ale i inne tradycje jak choćby wypowiadana fraza „Skål„, spożywanie śledzi, czy przeżywanie „miłosnej nocy”. Niestety fabularnie „Midsommar” od czasu rozpoczęcia uroczystości nie wybija się ani przez chwilę ponad przeciętność. Pomijając fakt, że fabuła jest bardzo przewidywalna, reżyser, a zarazem scenarzysta Ari Aster przechodzi w błogi stan „oświecenia” i przez to można odnieść pewne wrażenie, jakby jego fascynacja świętem przesilenia letniego stała się na tyle mocna, że zamknął się od świata rzeczywistego, którym w tym przypadku powinna być fabuła. Po drodze pojawia się tu także wiele skrótów myślowych i naciągnięć. Lecz najbardziej boli zupełnie marginalne potraktowanie reszty bohaterów poza Dani. To tak bowiem stereotypowe i nudne postacie, że choć powinien niby przejąć się ich losem, to jednak zupełnie nic do nich nie czuje. I miałoby to może sens, gdyby takie było zamierzenie reżysera. Ale on najpierw traktuje ich jak ofiary, a potem jako winowajców. A widz tego zupełnie nie czuje. Ani przemądrzały Josh, ani przewodnik wycieczki, Pelle nie mają nic ciekawego do wniesienia dla całej historii. Swoje stara się zrobić Will Poulter jako wnerwiający Mark, ale i on nie dostaje szansy by się wykazać, nie wspominając o Jacku Reynorze, którego Christian to zdecydowanie najmniej satysfakcjonująca postać w całej tej układance. Motyw „nocy miłosnej” z jego udziałem wypada bardzo blado, a aktor w porównaniu do ekranowej partnerki, Florence Pugh, nie potrafi przenieść na ekran żadnych emocji, pomimo sporego nakładu czasu. Bardzo mieszane uczucia może sprawić także sama końcówka, która z jednej strony stanowi świetne appogeum podróży Dani w świecie blasku, ale wraz z pewną obleśną kilkuminutową sceną erotyczną (będziecie wiedzieć, o czym mówię), jest okrutnym żerowaniem nad nerwami widza. A szkoda.

Midsommar. W biały dzień

Niemalże pod sam koniec filmu główna bohaterka, jest świadkiem wydarzenia, które ją załamuje. Zrozpaczona oraz samotna próbuje uciec przed czymś, nad czym nie ma absolutnie żadnej kontroli i co ją przeraża najbardziej – poczucie zupełnej bezradności wobec otaczającego ją bólu. Gdy początkowo przeżywa samotnie ogromne cierpienie, a jej wrzask wyraża wielką strach i ból, widz czuje się tak samo jak ona – jest zupełnie bezradny wobec światła, które zamiast rozświetlać, tylko oślepia jego duszę, nastawiając ją na jeszcze większe działanie wadliwego promieniowania. Lecz wówczas pojawiają się wokół niej inne uczestniczki święta przesilenia lata – naśladując jej wrzask, chcą przeżyć to cierpienie wspólnie z nią. Jako że jednak nie są w stanie zrozumieć, co tak naprawdę przeżywa Dani, ich głosy brzmią zupełnie inaczej i sprawiają wrażenie karykaturalnych. I podobnie jest w przypadku „Midsommaru”. Ta idylliczna wędrówka poprzez ludzką duszę i psychiczną wytrzymałość co prawda może się poszczycić piękną stroną estetyczną, wspaniałą kreacją Florence Pugh, czy kreatywnym pomysłem wyjściowym, ale gdyby zedrzeć tą historię ze wszystkich czynników zewnętrznych, to na końcu by się okazało, że w środku… nie ma prawie niczego. Oczywiście to wciąż bardzo emocjonalna historia, ale przez ciągłą przesadę i karykaturę, można odnieść wrażenie, że Ari Aster poświęcił zdecydowanie za mało uwagi dla scenariusza, stawiając na efektowne chwyty reżyserskie. To jednak za mało, by nie zauważyć tych może i ledwo zauważalnych, ale ciągle widocznych chmur, które tylko coraz mocniej przysłaniają niebo. Jestem pewien, że „Midsommar” przejdzie do historii kina, gdyż to jedna z najbardziej kreatywnych produkcji ostatnich lat, ale niestety to także film przeznaczony tylko dla ludzi o stalowych nerwach, bo dla wszystkich zwykłych widzów ta ciągła gra blaskiem i karykaturą może się przerodzić w niezrozumiałą, psychodeliczną sielankę, a w efekcie zwykły przerost formy nad treścią. Ari Aster terroryzuje widza, nie dając mu ani jednej chwili na komfort, co dla wielu będzie ciężkim doświadczeniem. Ale ten terror często jest zupełnie niepotrzebny. Horrory w ostatnim czasie wyszły z mroku i cienia, co osobiście bardzo mnie cieszy. Ale nawet jeśli ten blask jest piękny, to jednak bez umiaru, a z niepotrzebną przesadą z czasem… może nas oślepić.

 

Ocena Filmaniaka:

6/10

3_stars.svg

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s