„W Kręgu Życia” – recenzja filmu „Król Lew”

„Wokół nas niezbadany lśni ląd. Ale Słońca twarz hen, w nieba lazur się pnie, to lśniąc to nie, nieskończony ciąg. Wieczny Życia Krąg”

Są takie filmy, o których nigdy się nie zapomina. Piękne baśnie, dzięki którym w naszym dzieciństwie chociaż na chwilę może zawitać słońce. Animacje, które poza tym, że dostarczają masy radości i śmiechu, potrafią także szczerze wzruszyć oglądającego i nauczyć go wielu mądrości życiowych. Te „bajki dzieciństwa” są wbrew pozorom, ale bardzo istotnym etapem w kształtowaniu osobowości człowieka. Dzieci nie zawsze chcą słuchać rodziców, nie lubią, gdy ktoś im czegoś zakazuje, bądź próbuje ich nauczyć. Dorastając na nastolatków, w dużej mierze w zachowaniach kierują się zachowaniami, jakich doświadczyli w dzieciństwie. Właśnie dlatego w tym Kręgu Życia swoją wielką rolę odgrywają animacje. Mimo to tylko nieliczne z nich poza dostarczeniem rozrywki, potrafią nieść za sobą głębsze przesłanie i zapaść na dłużej w pamięci widza. I zapewne każdy posiada własną „bajkę dzieciństwa”. Śmiem jednak sądzić, że tą najważniejszą od wielu pokoleń jest jedyny i niepowtarzalny w swoim rodzaju „Król Lew”. Ileż to bowiem radosnych wspomnień może powrócić już na samą myśl o tej animacji! To zresztą film do tego stopnia legendarny, że nawet do naszej rodzimej kultury na stałe zawitały pewne pojęcia z niego jak choćby „Hakuna matata”, czy powiedzonko: „Kto nie płakał na śmierci Mufasy?”. Ja sam, przyznam szczerze, że „Król Lew” był dla mnie pierwszym filmem, jaki obejrzałem do końca. Miałem wówczas niecałe 3 lata. A niezwykłe wspomnienia pozostały do dnia dzisiejszego. Do filmu wracałem wiele razy i za każdym robił na mnie olbrzymie wrażenie. Bo Disney niegdyś był wytwórnią marzeń. Lecz teraz coraz częściej zamiast kreatywności, stawia na kolejne sequele i wszelkiego rodzaju remake’i. I moja „bajka dzieciństwa” również się jego doczekała. Czy jednak filmowy „Król Lew” to jedynie zwykłe żerowanie na sentymencie i miłości widza do animacji, a może dzięki niemu rośnie wokół nas…. miłość?

Najnowszy film z dawnej „wytwórni marzeń” opowiada historię młodego lwa, Simby, który jako prawowity syn niezwykle mądrego i sprawiedliwego króla Mufasy, jest spadkobiercą jego tronu, choć ten początkowo powinien był się należeć jego pełnemu goryczy i niepohamowanego gniewu stryjowi, Skazie. I choć Simbie śpieszy się, by zostać władcą Lwiej Straży, to jednak w dalszym ciągu musi się uczyć pod okiem strachliwego doradcy ojca, ptaka Zazu. W wolnym czasie lubi z kolei spędzać czas na zabawach z przyjaciółką, Nalą. Pewnego jednak w życiu młodego lwa dochodzi do strasznej tragedii, przez co jest zmuszony opuścić Lwią Straż. Na swojej drodze spotyka guźca Pumbę i surykatkę Timona, którzy pokazują mu, jak można czerpać radość z życia. Lecz przeznaczeniem Simby nie jest wiecznie mieszkać w dżungli i zjadać robaki, a zostać prawdziwym Królem. Królem Lwem.

Zanim jednak przejdziemy do tematu filmu, to warto sobie przed seansem zadać jedno, kluczowe pytanie: Czy powstanie remake’u jednej z najlepszych animacji w historii kina, a więc „Króla Lwa”, miało jakikolwiek sens? Czy komukolwiek on był w ogóle potrzebny? I niestety, ale nie jestem do końca co do tego przekonany, gdyż mówiąc szczerze, oryginał nawet po latach trzyma się naprawdę bardzo dobrze i wciąż sprawia wiele przyjemności podczas oglądania. Piosenki nadal zachwycają urokiem i magią, postacie zwierzęce pod skórą skrywają bardzo wiele ludzkich emocji, a w trakcie seansu na przemian można się było śmiać i… płakać. „Król Lew” to bowiem taka legenda, że nie sposób o niej zapomnieć długo po zakończeniu seansu. Dlatego też sam pomysł Disneya z odświeżeniem jednej ze swoich najlepszych animacji początkowo uważałem za kompletnie niepotrzebny. Bo na co komu po kopii czegoś, co już znamy? Lecz w tym momencie warto sobie pomyśleć o młodych widzach, którzy nigdy wcześniej nie widzieli „Króla Lwa”. Którzy w przeciwieństwie do dorosłej publiczności nie mieli szansy się na nim wychować. Którzy zamiast animacji, znacznie bardziej wolą pograć w jakąś grę komputerową lub spotkać się ze znajomymi. Którzy nie pamiętają starych animacji z lat 90… Wówczas nabiera ona sensu, a dzieci dostają szansę, by zapoznać się z pięknymi historiami, które poza sporą dawką radości, będą mogły ich również czegoś nauczyć. Miało by to jednak sens, gdyby najnowszy remake poza znanymi scenami, miał również coś nowego do zaoferowania. A tak niestety już nie jest.

Znalezione obrazy dla zapytania the lion king 2019 film 1920x1080

Z całą pewnością film Jona Favreau w piękny sposób nawiązuje do oryginału… Lecz brak mu tej samej magii, za którą tak bardzo pokochaliśmy „Króla Lwa”. Nie jestem do końca przed wszystkim pewien, czy powielanie tej samej fabuły jak sprzed 25 lat było do końca najlepszym pomysłem. Brzmieć to może z początku trochę absurdalnie, ale ta niezwykła historia, w której zauroczyliśmy się od pierwszego wejrzenia, wcale nie musi tak samo udanie oddziaływać na emocjach widza. Czasy się bowiem zmieniły, technika ruszyła do przodu, a ludzie obecnie kierują się nieco innymi wartościami niż a jeżeli w 1994 roku. To co niegdyś wywoływało śmiech i wzruszenie u widza, teraz już wcale nie musi dostarczać mu tylu samo emocji jak jeszcze kilkanaście lat temu. Mówiąc o magii „Króla Lwa”, można więc nie mieć tylko na myśli zwierzęcych postaci, inspirującej fabuły, czy kultowych scen, a tego co chyba od zawsze było najważniejsze w „Królu Lwie” – Emocji. Na nie właśnie składają się m.in.: momenty śmiechu, wzruszeń, czy mądrości, która mogłaby choć na chwilę zatrzymać oglądającego przez wir podróży na sawannie i zmusić go do zamyślenia. Tych jednak wszystkich emocji, zwyczajnie rzecz mówiąc, brakuje najnowszemu „Królowi Lwie”. Kolejne kultowe sceny ogląda się bez większego zainteresowania, a to co niegdyś wyzwalało tyle pozytywnych wrażeń, teraz przelatuje widzowi koło nosa. Chyba główna komplikacja wychodzi z samego założenia twórców, gdyż poprzez „dokumentalny” obraz całości z twarzy postaci nie da się odczytać tych samych emocji, co w kreskowej wersji. Oczywiście, w animacji również istnieją pewne ograniczenia, ale poprzez takie drobne szczegóły jak ruch twarzy, łzy w oczach, bądź zmieniające się wielkości źrenic, mogą być one znacznie lepiej interpretowane przez widza. Tu natomiast tego brakuje. Niby zwierzęta otwierają usta, patrzą na ekran, ale to wszystko wydaje się takie… puste. Wprawdzie wizja wizją i trzeba się do niej dostosować, ale odarcie historii z emocji jak skóry z kota… Może stanowić dla co niektórych sporą komplikację.    

Oczywiście, wciąż można bardzo dobrze się bawić na seansie, ale ten entuzjazm wynika raczej z charakteru postaci,  które już znamy, niż a jeżeli historii, która jest odwzorowana niemal w skali 1:1 w stosunku do pierwowzoru. Dla fanów oryginalnego „Króla Lwa” to oczywiście spora gratka, by móc sobie porównać każdą scenę w nowej wersji, ale prawdę powiedziawszy zamiast ciągłej fascynacji i licznych zwrotów akcji, widz przynajmniej w początkowej fazie filmu może odczuć znużenie. Fabuła zamiast przyspieszać, ciągnie się w żółwim tempie i jedyne co ją napędza do przodu to kolejne spiski brata Mufasy, Skazy. Choć nowy „Król Lew” na dobrą sprawę trwa niemal pół godziny dłużej od oryginału, to jednak w ciągu tego czasu poza jedną ciekawszą sceną konfrontacji matki Simby, Sarabi ze Skazą, nie dostajemy tu zupełnie nic nowego. A przecież było sporo czasu by poruszyć temat zniszczonego ekosystemu, autorytarnych rządów w państwie, czy wyczuwalnego podziału na lepszych i gorszych. Te wszystkie wątki były wyczuwalne w wersji z 1994, a tutaj przemykają niepostrzeżenie na oczach widza. Martwi także to, że w tych kultowych scenach brakuje emocjonalnego podejścia twórców i stąd też dla przykładu najbardziej kultowa i wzruszająca scena w wąwozie, tu zamiast wzruszenia i łez, nie wywołuje zupełnie nic. Jon Favreau za mocno momentami kurczowo próbuje się trzymać schematu w oryginale, nie pozwalając sobie na żadną własną interpretację, bądź improwizację. Tak jakby bał się, że każda zmiana może zostać potraktowana jako bezczeszczenie legendy „Króla Lwa”. Może i nawet, ale dzięki nim byłoby to chociaż bardziej uniwersalne widowisko. A da się to zrobić, o czym udowodnił już wcześniej Favreau w „Księdze Dżungli”. To także był bowiem remake wierny oryginałowi, ale pewne zmiany na przykładzie dodania do historii postaci Króla Louie, czy nadania tragicznego wymiaru postaci Shere Khana, były w pełni słuszne. A tu najprawdopodobniej nie starczyło już twórcom tej odwagi.

Znalezione obrazy dla zapytania the lion king 2019 film 1920x1080

Pod samym zaś względem wizualnym, bez dwóch zdań mamy tu do czynienia z majstersztykiem, jakie naprawdę zdarzają się raz na kilkanaście lat. Śmiało można więc powiedzieć, że efekty specjalne w najnowszym „Królu Lwie” należą do najlepszych w całej historii kinematografii. Już sam fakt, że cały ten świat, terytorium Lwiej Straży, czy projekty postaci, zostały w 100% wygenerowane komputerowo, może aż spowodować ciarki na plecach. Tak znakomitej roboty nikt jeszcze nie zrobił bowiem w absolutnie żadnym filmie. Każda kropla, każde źdźbło trawy, każdy poruszający się na wietrze włos sierści, czy nawet każdy kamyk – to wszystko wygląda tak realistycznie, że można wręcz się poczuć jakby się oglądało jakiś fabularyzowany dokument na National Geographic. Brakuje tylko do tego głosu Krystyny Czubówny, komentującej wydarzenia na ekranie… Żarty żartami, ale to naprawdę doskonale wykonana robota i spory krok do przodu w przemyśle filmowym w wykorzystaniu CGI. Jon Favreau wykazywał sporą ambicję w chęci ukazania świata w jak najbardziej sposób realistyczny, w którym nie brakowało by jednak także miejsca dla pewnej magii. I same efekty specjalne tej magii dostarczają w największej możliwej dawce. Ponadto, wielki podziw mogą także wzbudzić efektowne projekty zwierząt, które przy użyciu CGI, ze zwykłych projektów komputerowych, na naszych oczach przeradzają się w istoty, które czują, patrzą, wydają dźwięki i żyją. To musi się skończyć Oscarem w przyszłym roku dla „Króla Lwa”, bo tak rewolucyjnych efektów specjalnych nie było od czasów… Avatara.

„Król Lew” to jednak nie tylko sporo dobrego humoru, czy niezwykłe emocje w trakcie seansu, ale również klimat, którego nie da się absolutnie przyrównać z niczym innym. Świat otaczający głównym bohaterów składa się bowiem w istny Krąg Życia, w którym wszystko i wszyscy mają na siebie wzajemny wpływ. Każde zwierzę w świecie „Króla Lwa” zdaje sobie sprawę z tego, kim jest i jakie ma znaczenie dla natury. Tylko poprzez wzajemny szacunek i zrozumienie jak sam mówi w jednej ze scen mądry ojciec Simby, Mufasa może „istnieć krucha równowaga”, dzięki której właśnie istnienie swoje zawdzięcza cała sawanna oraz Lwia Straż. Symboliczne znaczenie Kręgu Życia bardzo mocno eksploatowane jest również w filmowym live-action, gdzie poza główną fabułę, także jest wywarty nacisk na ukazanie wzajemnego wpływu poszczególnych organizmów jak w tej przepięknej scenie, gdy kawałek sierści Simby przemieszcza się po całym świecie poprzez różne zwierzęta, by koniec końców trafić do domu. I ta krucha równowaga jest utrzymana w remake’u. Na klimat składa się jednak również muzyka i piosenki, które w oryginale uznawane są jako jedne z najbardziej rozpoznawalnych w świecie kina. Zarówno „The Circle Life”, „Simba is alive”, „Can you feele the love tonight”, czy chyba najbardziej rozpoznawalny „Hakuna Matuta” to już legendy. W najnowszym „Królu Lwie” ta muzyka też odgrywa spore znaczenie i stanowi jeden z najmocniejszych punktów w całym filmie. Hans Zimmer wykonał świetną robotę, a stare, rozpoznawalne utwory, dopełnił także paroma innymi, które również utrzymane w klimacie oryginału, też mogą zrobić spore wrażenie. Lecz i tu pojawia się parę niedociągnięć. Nie wszystkie bowiem z piosenek robią wrażenie na widzu. Dla przykładu poznajemy fajną genezę piosenki „Hakuna Matata”, ale już samo jej wykonanie większego wrażenia nie robi. Zaskakująco bardzo przeciętnie wypada też song Skazy „Be prepared”, który w oryginale robił naprawdę olbrzymie wrażenie, a tu mimo doskonałego głosu Chiwetela Ejiofora, zostaje skrócony do niecałych 2 minut, a Skaza tylko skacze po skałach. Najbardziej ikoniczna piosenka wśród złoczyńców Disneya, a tak zmarnowana… Wielka szkoda. Do tego dochodzi jeszcze nieudana piosenka Beyonce „Spirit”, która zupełnie nie pasuje do świata „Króla Lwa”. Co nie zmienia faktu, że muzykę słychać i czuć, a co niektóre piosenki jak choćby „The Lion Sleeps Tonight” w wykonaniu Timona oraz Pumby wypadają naprawdę rewelacyjnie. Fajnie było też ponownie posłuchać nowego songu Eltona Johna „Never too late”, którego jak dla mnie nigdy za wiele w świecie kina.

Od razu dla wszystkich fanów „Króla Lwa” pragnę też zaznaczyć, że na ten film znacznie lepiej wybrać się w oryginalnej wersji z napisami niż a jeżeli rodzimym dubbingiem. Co prawda, trzeba przyznać szczerze, że nasza polska obsada w większości spisała się ku mojemu sporemu zaskoczeniu naprawdę całkiem nieźle. Na czoło wysuwa się zwłaszcza prześmieszny duet Macieja Stuhra i Michała Pieli, którzy oczywiście nie mają startu do znakomitego Krzysztofa Tyńca oraz Emiliana Kamińskiego, ale i tak widać, że bardzo się starali, a ich trud bez wątpienia nie poszedł na marne, bo obok powracającego do roli Mufasy Wiktora Zborowskiego, to właśnie oni brylują na ekranie. Tak właściwie to polskiego „Króla Lwa” można żartobliwie nazwać wycieczką z Sandomierza do Afryki, bo poza prześmiesznym Noculem (Michał Piela) pojawia się tu inspektor Możejko (Piotr Polk) jako z lekka irytujący ptak Zazu, w epizodzie Eryk „Pluskwa” Lubos, czy w końcu także Artur Żmijewski, czyli tytułowy „Ojciec Mateusz” i to w nietypowej dla siebie roli, bo czarnego charakteru. Miałem obawy względem tego castingu, gdyż Marek Barbasiewicz jest tylko jeden, ale pan Żmijewski z poczciwego księdza naprawdę udanie przerodził się w groźnego lwa Skazę. Ale już o Marcinie Januszkiewiczu (Simba) i Zofii Nowakowskiej (Nala) wolałbym się nie wypowiadać. Najgorsze i tak jest to, co zrobił polski tłumacz. Jak można przetłumaczyć „Be prepared” na „Dam Wam Znak”? No jak? Nie wiem, czy są za to jakieś kary, ale zmienianie oryginalnych tekstów piosenek i wstawianie do nich własnych poglądów politycznych (żenujący tekst z „dobrą zmianą”) jest zachowaniem nieprofesjonalnym. A wspomniany przykład to nie wyjątek, bo takich pojawia się tu co najmniej parę.

Wspomniane uwagi są skierowane jednak wyłącznie względem polskiego dystrybutora, który pomimo starań obsady zawiódł na całej linii, bo już w oryginalnej wersji sprawa ta przedstawia się w znacznie lepszy sposób. Przede wszystkim widać, że scenarzyści dali z siebie wszystko, by w remake’u znalazło się jak najwięcej dialogów z oryginału. Ale przy tak wydłużonym czasie nie można wybaczyć tego, że wątki co niektórych postaci zostały poprowadzone na skróty. Mój osobisty wielki żal wylewam zwłaszcza nad losem Skazy. W oryginale był to bowiem nie tyle co żądny władzy czarny charakter, ale przede wszystkim niezwykle przebiegły manipulator. Tu niestety zaś odarto Skazę z jego sprytu, stawiając wyłącznie na złość i morderczy wzrok. A było sporo czasu, by rozwinąć jego relację z Mufasą… Nie mam zamiaru umniejszać w tym jednak rewelacyjnej roboty Chiwetela Ejofora, który swoim niezwykle charyzmatycznym głosem Skazy aż potrafi wzbudzić ciarki na plecach. Tylko czemu twórcy zmarnowali potencjał tak świetnego aktora, ukazując jego postać w tak czarno-biały sposób? Tego nie potrafię zrozumieć. Pewne wątpliwości można mieć względem Donalda Glovera w roli Simby, który trochę nie pasuje do niego swoim piskliwym głosem, ale nadrabia to w scenach muzycznych. A sama Beyoncé jako Nala jest już kompletnym niewypałem. Szkoda też, że poboczne postacie albo tak jak ptak Zazu służą do wprowadzania pewnych akcentów humorystycznych, które nie bawią, albo na przykładzie małpy Rafiki opanowały zdolność do teleportacji. Ale i tu tak jak i w całym filmie pojawiają się też świetne kreacje. Ponownie do roli Króla Mufasy powraca choćby James Earl Jones, dawny Darth Vader, a teraz majestatyczny władca, który jest klasą samą w sobie. Całe jednak show skradli nie kto inni, jak właśnie Billy Eichner oraz Seth Rogen jako istny duet marzeń – Timon i Pumba. Gdy tylko się bowiem ta dwójka pojawia na ekranie, to od razu na twarzy widza pojawia się niewymuszony uśmiech i radość, która udziela mu się nieprzerwanie na ich widok. Fajnie też, że w końcowym akcie zyskali większe znaczenie, bo dzięki temu widz ma szansę szczerze ich polubić. Jako jedynych.

Znalezione obrazy dla zapytania the lion king 2019 1920x1080 pumba timon

„Król Lew” to moja ukochana bajka, do której będę wielokrotnie powracał po latach. Takiej bowiem hamletowskiej animacji, skąpanej w słońcu afrykańskiej sawanny oraz dżungli, nigdy nie było w świecie kina. Dlatego też uważam, że powstanie remake’u tego absolutnie legendarnego filmu było niczym innym jak zwykłym skokiem Disneya na łatwą kasę. Wygląda to tak jakby ta dawna „wytwórnia marzeń” teraz przerodziła się w zwykłą, ale piękną fabrykę do namnażania kolejnych pieniędzy. Nie podoba mi się osobiście idea Disneya, żeby zamiast stworzenia nowych animacji, o których na długo nie będziemy też w stanie zapomnieć, wolą żerować na sentymencie widzów do bajek, które tak bardzo pokochali w przeszłości. I niestety, ale tak można też rzec w przypadku tej produkcji. To bez wątpienia wielkie wydarzenie popkulturowe i duży krok do przodu dla przyszłości efektów specjalnych, bo tak realistycznego filmu nie było nam jeszcze nigdy dane zobaczyć w świecie kina, ale każdy kij ma swoje dwa końce i to co piękne z zewnątrz, nie zawsze musi być takie samo w środku. Bo niestety, ale w samej warstwie emocjonalnej najnowszemu filmowi Jona Favreau brakuje tej magii, za którą tak bardzo pokochaliśmy niegdyś „Króla Lwa”. Pewnie, to wciąż wizualny majstersztyk z kultowymi piosenkami, ale gdyby zedrzeć skórę z tego lwa, to okazało by się, że niestety, ale twarze zwierząt nie wyrażają tyle emocji, co niegdyś. Na samym końcu filmu ponownie pojawia się piosenka „Circle of life”, która w piękny sposób domyka Krąg Życia. Mimo tych wszystkich wymienionych wad, uważam, że warto wybrać się do kina na nowego „Króla Lwa”. Ale nie po to, by dać zarobić Disneyowi. Nie po to, by pozachwycać się efektami specjalnymi. A po to, by oddać hołd prawdziwemu Królowi. Nie bez przyczyny Simba słyszy głos Mufasy, mówiący „Remember”. Powinniśmy bowiem zawsze pamiętać o tej niezwykłej animacji z 1994 roku i żywię sporą nadzieję, że dzięki tegorocznemu remake’owi ludzie na nowo odkryją w niej czar. Bo jak śpiewa Elton John, nigdy nie jest za to za późno, a Król może być tylko jeden. 

 

Ocena Filmaniaka:

5,5/10

5-stars-rating-png-5

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s