„W Kręgu Życia” – recenzja filmu „Król Lew”

Są takie filmy, o których nigdy się nie zapomina. Piękne baśnie, dzięki którym w naszym dzieciństwie chociaż na chwilę może zawitać słońce. Animacje, które poza tym, że dostarczają masy radości i śmiechu, potrafią także szczerze wzruszyć oglądającego i nauczyć go wielu mądrości życiowych. Mimo to tylko nieliczne z nich poza dostarczeniem rozrywki, potrafią nieść za sobą głębsze przesłanie i zapaść na dłużej w pamięci widza. I zapewne każdy posiada własną „bajkę dzieciństwa”. Śmiem jednak sądzić, że tą najważniejszą od wielu pokoleń jest jedyny w swoim rodzaju „Król Lew”. Ileż to bowiem radosnych wspomnień może powrócić już na samą myśl o tej animacji! To zresztą film do tego stopnia legendarny, że nawet do naszej rodzimej kultury na stałe zawitały pewne pojęcia z niego jak choćby „Hakuna matata”, czy powiedzonko: „Kto nie płakał na śmierci Mufasy?”. Ja sam, przyznam szczerze, że „Król Lew” był dla mnie pierwszym filmem, jaki obejrzałem do końca. Miałem wówczas niecałe 3 lata. A niezwykłe wspomnienia pozostały do dnia dzisiejszego. Do filmu wracałem wiele razy i za każdym robił na mnie olbrzymie wrażenie. Bo Disney niegdyś był wytwórnią marzeń. Lecz teraz coraz częściej zamiast kreatywności, stawia na kolejne sequele i wszelkiego rodzaju remake’i. I moja „bajka dzieciństwa” również się jego doczekała. Czy jednak filmowy „Król Lew” to zwykłe żerowanie na sentymencie widza do animacji, a może dzięki niemu rośnie wokół nas miłość?

Najnowszy film z „wytwórni marzeń” opowiada historię młodego lwa, Simby, który jako prawowity syn niezwykle mądrego i sprawiedliwego króla Mufasy, jest spadkobiercą jego tronu, choć ten początkowo należał się jego pełnemu goryczy i niepohamowanego gniewu stryjowi, Skazie. I choć Simbie śpieszy się, by zostać władcą Lwiej Straży, to jednak w dalszym ciągu musi się uczyć pod okiem strachliwego doradcy ojca, ptaka Zazu. W wolnym czasie lubi z kolei spędzać czas na zabawach z przyjaciółką, Nalą. Pewnego jednak dnia w życiu młodego lwa dochodzi do strasznej tragedii, przez co jest zmuszony opuścić Lwią Straż. Na swojej drodze spotyka guźca Pumbę i surykatkę Timona, którzy pokazują mu, jak można czerpać radość z życia. Lecz przeznaczeniem Simby nie jest wiecznie mieszkać w dżungli i zajadać robaki, a zostać prawdziwym Królem. Królem Lwem.

Zanim przejdziemy do tematu filmu, to warto sobie przed seansem zadać jedno pytanie: Czy powstanie remake’u tej jednej z najlepszych animacji w historii kina miało jakikolwiek sens? Czy komukolwiek on był potrzebny? I niestety, ale nie jestem do końca co do tego przekonany, gdyż oryginał nawet po latach trzyma się świetnie i wciąż sprawia wiele przyjemności w trakcie oglądania. Piosenki nadal zachwycają urokiem i magią, a postacie zwierzęce pod skórą skrywają wiele ludzkich emocji. „Król Lew” to bowiem taka legenda, że nie sposób o niej zapomnieć na długo po zakończeniu seansu. Dlatego też sam pomysł Disneya z odświeżeniem jednej ze swoich najlepszych animacji początkowo uważałem za kompletnie niepotrzebny. Bo na co komu po kopii czegoś, co znamy? Lecz w tym momencie warto sobie pomyśleć o młodych widzach, którzy nigdy wcześniej nie widzieli „Króla Lwa”. Którzy w przeciwieństwie do dorosłej publiczności nie mieli szansy się na nim wychować. Którzy nie pamiętają starych animacji z lat 90… Wówczas dzieci dostają szansę, by zapoznać się z pięknymi historiami, które poza sporą dawką radości, będą mogły ich czegoś nauczyć. Miało by to jednak sens, gdyby remake poza znanymi scenami, miał również coś nowego do zaoferowania. A tak niestety już nie jest.

Znalezione obrazy dla zapytania the lion king 2019 film 1920x1080

Z całą pewnością film Jona Favreau w piękny sposób nawiązuje do oryginału… Lecz brak mu tej samej magii, za którą pokochaliśmy „Króla Lwa”. Nie jestem pewien, czy powielanie tej samej fabuły sprzed 25 lat było najlepszym pomysłem. Czasy się bowiem zmieniły, technika ruszyła do przodu, a ludzie kierują się nieco innymi wartościami niż w 1994 roku. To co niegdyś wywoływało śmiech i wzruszenie u widza, teraz już wcale nie musi dostarczać mu tylu samo emocji jak kilkanaście lat temu. Mówiąc o magii „Króla Lwa”, można mieć nie tylko na myśli zwierzęcych postaci, inspirującej fabuły, czy kultowych scen, a tego co chyba od zawsze było najważniejsze w „Królu Lwie” – Emocji. Tych jednak wszystkich emocji, zwyczajnie mówiąc, brakuje najnowszemu „Królowi Lwie”. Kolejne kultowe sceny ogląda się bez większego zainteresowania, a to co niegdyś wyzwalało tyle pozytywnych wrażeń, teraz przelatuje widzowi koło nosa. Chyba główna komplikacja wychodzi z samego założenia twórców, gdyż poprzez „dokumentalny” obraz całości z twarzy postaci trudno jest odczytać te same emocje, co w kreskowej wersji. Niby zwierzęta otwierają usta, patrzą na ekran, ale to wszystko wydaje się takie… puste. Wprawdzie wizja wizją i trzeba się do niej dostosować, ale odarcie historii z emocji jak skóry z kota… Może stanowić dla co niektórych sporą komplikację.    

Oczywiście, wciąż można bardzo dobrze się bawić na seansie, ale ten entuzjazm wynika raczej z charakteru postaci,  które już znamy, niż a jeżeli historii, która jest odwzorowana w skali 1:1 w stosunku do pierwowzoru. Dla fanów oryginalnego „Króla Lwa” to spora gratka, by móc sobie porównać każdą scenę w nowej wersji, ale prawdę powiedziawszy zamiast ciągłej fascynacji i licznych zwrotów akcji, widz przynajmniej w początkowej fazie filmu może odczuć znużenie. Fabuła zamiast przyspieszać, ciągnie się w żółwim tempie i jedyne co ją napędza do przodu to kolejne spiski brata Mufasy, Skazy. Choć nowy „Król Lew” na dobrą sprawę trwa niemal pół godziny dłużej od oryginału, to jednak w ciągu tego czasu poza jedną ciekawszą sceną konfrontacji matki Simby, Sarabi ze Skazą, nie dostajemy nic nowego. A przecież był czas by poruszyć temat zniszczonego ekosystemu, autorytarnych rządów w państwie, czy wyczuwalnego podziału na lepszych i gorszych. Te wszystkie wątki były wyczuwalne w wersji z 1994, a tutaj niestety już nie. Martwi także to, że w tych kultowych scenach brakuje emocjonalnego podejścia twórców i stąd też najbardziej kultowa i wzruszająca scena w wąwozie zamiast wzruszenia i łez, nie wywołuje żadnych emocji. Jon Favreau za mocno próbuje się trzymać schematu, nie pozwalając sobie na żadną improwizację. Tak jakby bał się, że każda zmiana może zostać potraktowana jako bezczeszczenie legendy „Króla Lwa”. Może i nawet, ale dzięki nim byłoby to chociaż bardziej uniwersalne widowisko. A da się to zrobić, o czym udowodnił już wcześniej choćby w „Księdze Dżungli”. To także był remake wierny oryginałowi, ale zmiany były zauważalne. A tu najprawdopodobniej już nie starczyło twórcom odwagi.

Znalezione obrazy dla zapytania the lion king 2019 film 1920x1080

Pod samym względem wizualnym, mamy tu do czynienia z majstersztykiem, jakie naprawdę zdarzają się raz na kilkanaście lat. Śmiało można więc powiedzieć, że efekty specjalne w najnowszym „Królu Lwie” należą do najlepszych w całej historii kinematografii. Już sam fakt, że cały ten świat, terytorium Lwiej Straży, czy projekty postaci, zostały w 100% wygenerowane komputerowo, może aż spowodować ciarki na plecach. Tak znakomitej roboty nikt jeszcze nie zrobił bowiem w absolutnie żadnym filmie. Każda kropla, każde źdźbło trawy, każdy poruszający się na wietrze włos sierści, czy nawet każdy kamyk – to wszystko wygląda tak realistycznie, że można wręcz się poczuć jakby się oglądało jakiś fabularyzowany dokument na National Geographic. Brakuje tylko głosu Krystyny Czubówny, komentującej wydarzenia na ekranie… Żarty żartami, ale to naprawdę doskonale wykonana robota i spory krok do przodu w przemyśle filmowym w wykorzystaniu CGI. Jon Favreau wykazywał sporą ambicję w chęci ukazania świata w jak najbardziej sposób realistyczny, w którym nie brakowało by jednak także miejsca dla pewnej magii. I same efekty specjalne tej magii dostarczają. Ponadto, wielki podziw mogą wzbudzić efektowne projekty zwierząt, które przy użyciu CGI, na naszych oczach przeradzają się w istoty, które czują, patrzą i żyją.

„Król Lew” to jednak nie tylko niezwykłe emocje w trakcie seansu, ale również klimat, którego nie da się przyrównać z niczym innym. Świat otaczający głównym bohaterów składa się bowiem w istny Krąg Życia, w którym wszystko ma na siebie wzajemny wpływ. Tylko poprzez wzajemny szacunek i zrozumienie jak sam mówi w jednej ze scen ojciec Simby, Mufasa może „istnieć krucha równowaga”, dzięki której właśnie istnienie swoje zawdzięcza cała sawanna oraz Lwia Straż. Symboliczne znaczenie Kręgu Życia mocno eksploatowane jest w filmowym live-action, gdzie poza główną fabułą, także jest wywarty nacisk na ukazanie wzajemnego wpływu poszczególnych organizmów. Na klimat składa się jednak również muzyka i piosenki, które w oryginale uznawane są jako jedne z najbardziej rozpoznawalnych w świecie kina. Zarówno „The Circle Life”, „Simba is alive”, „Can you feele the love tonight”, czy chyba najbardziej rozpoznawalny „Hakuna Matuta” to już legendy. W najnowszym „Królu Lwie” ta muzyka też odgrywa znaczenie i stanowi jeden z najmocniejszych punktów w całym filmie. Lecz i tutaj pojawia się parę niedociągnięć. Nie wszystkie bowiem z piosenek robią wrażenie na widzu. Dla przykładu poznajemy fajną genezę piosenki „Hakuna Matata”, ale już samo jej wykonanie większego wrażenia nie robi. Zaskakująco bardzo przeciętnie wypada zwłaszcza song Skazy „Be prepared”, który w oryginale robił olbrzymie wrażenie, a tu mimo doskonałego głosu Chiwetela Ejiofora, zostaje skrócony do 2 minut, a Skaza tylko skacze po skałach. Najbardziej ikoniczna piosenka wśród złoczyńców Disneya, a tak zmarnowana… Szkoda. Do tego dochodzi jeszcze kompletnie nieudana piosenka Beyonce „Spirit”, która zupełnie nie pasuje do świata „Króla Lwa”. Co nie zmienia faktu, że fajnie było ponownie posłuchać nowego songu Eltona Johna „Never too late”, którego jak dla mnie nigdy za wiele w świecie kina.

Od razu dla wszystkich fanów „Króla Lwa” pragnę też zaznaczyć, że na ten film znacznie lepiej wybrać się w oryginalnej wersji z napisami niż a jeżeli rodzimym dubbingiem. Co prawda, trzeba przyznać szczerze, że nasza polska obsada w większości spisała się nieźle. Na czoło wysuwa się zwłaszcza prześmieszny duet Macieja Stuhra i Michała Pieli, którzy oczywiście nie mają startu do znakomitego Krzysztofa Tyńca oraz Emiliana Kamińskiego, ale i tak widać, że ich trud nie poszedł na marne. Tak właściwie to polskiego „Króla Lwa” można żartobliwie nazwać wycieczką z Sandomierza do Afryki, bo poza prześmiesznym Noculem (Michał Piela) pojawia się tu inspektor Możejko (Piotr Polk) jako z lekka irytujący ptak Zazu, w epizodzie Eryk „Pluskwa” Lubos, czy w końcu Artur Żmijewski, czyli tytułowy „Ojciec Mateusz” i to w nietypowej dla siebie roli, bo czarnego charakteru. Miałem obawy względem tego castingu, bo Marek Barbasiewicz jest tylko jeden, ale Żmijewski z poczciwego księdza udanie przerodził się w groźnego lwa Skazę. Ale o Marcinie Januszkiewiczu (Simba) i Zofii Nowakowskiej (Nala) wolałbym się już nie wypowiadać. Najgorsze i tak jest to, co zrobił polski tłumacz. Jak można przetłumaczyć „Be prepared” na „Dam Wam Znak”? Jak? Zmienianie oryginalnych tekstów piosenek i wstawianie do nich własnych poglądów politycznych (żenujący tekst z „dobrą zmianą”) jest już zachowaniem nieprofesjonalnym. A wspomniany przykład to nie wyjątek, bo takich „kwiatków” pojawia się tu wiele.

Wspomniane uwagi są skierowane jednak wyłącznie względem polskiego dystrybutora, który pomimo starań obsady zawiódł na całej linii, bo już w oryginalnej wersji sprawa ta przedstawia się w lepszy sposób. Przede wszystkim widać, że scenarzyści dali z siebie wszystko, by w remake’u znalazło się jak najwięcej dialogów z oryginału. Ale przy tak wydłużonym czasie nie można wybaczyć tego, że wątki postaci zostały poprowadzone na skróty. Mój osobisty wielki żal wylewam zwłaszcza nad losem Skazy. W oryginale był to bowiem nie tyle co żądny władzy czarny charakter, ale przede wszystkim niezwykle przebiegły manipulator. Tu niestety zaś odarto Skazę z jego sprytu, stawiając wyłącznie na złość. Nie mam zamiaru umniejszać w tym jednak rewelacyjnej roboty Chiwetela Ejofora, który swoim charyzmatycznym głosem Skazy aż potrafi wzbudzić ciarki na plecach. Tylko czemu twórcy zmarnowali potencjał tak świetnego aktora, ukazując jego postać w tak czarno-biały sposób? Pewne wątpliwości można mieć względem Donalda Glovera w roli Simby, który nie pasuje do niego swoim piskliwym głosem, ale nadrabia to w scenach muzycznych. A sama Beyoncé jako Nala jest już kompletnym niewypałem. Ale i tak w filmie pojawiają się też świetne kreacje. Ponownie do roli Króla Mufasy powraca choćby James Earl Jones, który jest klasą samą w sobie. Całe jednak show skradli nie kto inni, jak właśnie Billy Eichner oraz Seth Rogen jako istny duet marzeń – Timon i Pumba. Gdy tylko się bowiem ta dwójka pojawia na ekranie, to od razu na twarzy widza pojawia się niewymuszony uśmiech i radość, która udziela mu się nieprzerwanie na ich widok. Jako jedynych.

Znalezione obrazy dla zapytania the lion king 2019 1920x1080 pumba timon

„Król Lew” to moja ukochana bajka, do której będę wielokrotnie powracał po latach. Dlatego też uważam, że powstanie remake’u tego legendarnego filmu było niczym innym jak zwykłym skokiem Disneya na łatwą kasę. Wygląda to tak jakby ta dawna „wytwórnia marzeń” przerodziła się w zwykłą fabrykę do namnażania pieniędzy. Nie podoba mi się ta idea Disneya, żeby zamiast stworzenia nowych animacji, żerować wyłącznie na sentymencie widzów do bajek, które pokochali w przeszłości. I niestety, ale tak można też rzec w przypadku tej produkcji. To bez wątpienia wielkie wydarzenie popkulturowe i duży krok do przodu dla przyszłości efektów specjalnych, bo tak realistycznego filmu nie było nam jeszcze nigdy dane zobaczyć w świecie kina, ale każdy kij ma swoje dwa końce i to co piękne z zewnątrz, nie zawsze musi być takie samo w środku. Bo niestety, ale w samej warstwie emocjonalnej najnowszemu filmowi Jona Favreau brakuje tej magii, za którą pokochaliśmy „Króla Lwa”. Pewnie, to wciąż wizualny majstersztyk z kultowymi piosenkami, ale gdyby zedrzeć skórę z tego lwa, to okazało by się, że te twarze zwierząt nie wyrażają żadnych emocji. Mimo tych wszystkich wad, uważam, że warto wybrać się do kina na „Króla Lwa”. Ale nie po to, by dać zarobić Disneyowi. Nie po to, by pozachwycać się efektami specjalnymi. A po to, by oddać hołd prawdziwemu Królowi. Nie bez przyczyny Simba słyszy głos Mufasy, mówiący „Remember”. Powinniśmy bowiem zawsze pamiętać o tej niezwykłej animacji z 1994 roku i żywię nadzieję, że dzięki tegorocznemu remake’owi ludzie na nowo odkryją w niej czar. Bo jak śpiewa Elton John, nigdy nie jest na to za późno, a Król jest tylko jeden. 

 

Ocena Filmaniaka:

5/10

5-stars-rating-png-5

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s