„Kłamstwa, które nas niszczą” – recenzja 2 sezonu serialu HBO „Wielkie kłamstewka”

Minęło ponad dwa lata od naszego ostatniego spotkania z niesławną „piątką z Monterey„. Wówczas Celeste, Madeline, Jane, Renata oraz Bonnie były szczęśliwymi matkami, które za wszelką cenę chciały dbać o dobro swoich ukochanych dzieci. Z drugiej jednak strony każda z nich skrywała też pewien sekret – tytułowe kłamstewko, które z biegiem czasu odmieniło ich życie i sprawiło, że zamiast wcześniejszego spokoju, pojawiły się w nim również tajemnice. Matki te, poza opieką nad dziećmi, miały między sobą niezdrowe relacje – gdy więc jedne z nich wspierały siebie jako przyjaciółki, inne z kolei prowadziły bezsensowną batalię w imię bezpieczeństwa swoich dzieci. Lecz w obliczu zagrożenia tą właśnie „piątkę z Monterey” połączyło ze sobą wspólne kłamstwo. Kłamstwo, z którym tym razem nie osobno, a wspólnie bohaterki musiały się zmierzyć. Od czasów pierwszego fenomenalnego sezonu „Wielkich kłamstewek”, który doczekał się aż 4 Złotych Globów, a także wyróżnienia w plebiscycie Nagród Filmaniaka za Najlepszy serial, na HBO wszystko zmieniło się jednak nie do poznania. Jeszcze w 2017 roku uznawany był za najlepszy kanał od seriali. Ale teraz w wyniku finałowego sezonu „Gry o tron”, który okazał się wielką klęską i rozczarowaniem, kolejni widzowie zrezygnowali z platformy, stwierdzając, że HBO „nie ma już nic do zaoferowania”. A tak naprawdę było to kłamstwo. Bo HBO jest jak hydra, której w miejsce jednej odciętej głowy jak w przypadku „Gry o tron” naraz wyrastają kolejne na przykładzie „Czarnobylu”, czy „Euforii”. Stąd też wraz z premierą drugiego sezonu serialu na podstawie powieści Liane Moriarty w miejsce pełnej euforii, panowała burzliwa atmosfera, a jakiekolwiek kolejne potknięcie HBO mogło przynieść złe konsekwencje. Czy jednak „Wielkie kłamstewka” tak jak „Czarnobyl” zdołał udowodnić, że wszelkie te uwagi są w rzeczywistości… zwykłymi kłamstewkami?

Akcja najnowszej odsłony „Wielkich kłamstewek” rozgrywa się rok po wydarzeniach z pierwszego sezonu. Wówczas „piątka z Monterey” była piątką kobiet, żon i matek, które chciały dbać o bezpieczeństwo swoich kochanych pociech. Jednocześnie każda z nich skrywała jednak pewne kłamstwa i tajemnice, które w jednej chwili mogły zmienić ich świat w ruinę. Gdy jednak podczas balu dla rodziców doszło do konfrontacji między Celeste (Nicole Kidman), a brutalnym Perry’m (Alexander Skarsgård), naraz wszystkie wspólnie stawiły czoła okrucieństwa jej męża i przez przypadek doprowadziły do jego upadku, a w efekcie – śmierci. Wspólnie jednak postanowiły zataić tą informację przed policją. I teraz każda musi się zmierzyć z konsekwencjami tego i innych kłamstw. Madeleine (Reese Whiterspoon) z powodu swojej dawnej zdrady przeżywa więc trudny kryzys w małżeństwie z Edem (Adam Scott), Jane (Shailene Woodley) wciąż nie potrafi dojść do siebie po zobaczeniu Perry’ego, który niegdyś ją zgwałcił i tak bardzo skrzywdził, a Renata (Laura Dern) jako milionerka odkrywa kłamstwo swojego męża. Wraz z kolei z przyjazdem matki Bonnie (Zoë Kravitz) na nowo otwierają się w niej rany z dzieciństwa. W końcu także do miasta przybywa teściowa Celeste, Mary Louise (Meryl Streep), która za wszelką cenę chcę odkryć prawdziwą przyczynę śmierci swojego syna…

Przyznam szczerze, że jako wielki fan pierwszej odsłony wyreżyserowanej przez Jean-Marca Vallée, zupełnie nie potrafiłem początkowo zrozumieć decyzji o nakręceniu kolejnej. Dlaczego? Otóż pierwszy sezon stanowił tą doskonale zamkniętą klamrę, której nie potrzeba było żadnego epilogu. Wszystkie bowiem nieścisłości zostały wyjaśnione w przekonujący sposób, problemy w większości rozwiązane, relacje postaci rozwinięte i w zasadzie po zakończeniu ostatniego odcinka można było zadać tylko jedno pytanie: W jaki sposób będzie teraz żyć cała „piątka z Monterey”? Czy ich kłamstwo wyjdzie kiedyś na jaw? Pytanie to jednak sprawiało wrażenie celowo otwartego, tak by każdy z widzów mógł stworzyć własną interpretację na ten temat. Po co zatem komu było po 2 sezonie? I to tym bardziej, jeśli za jego realizację miał nie odpowiadać reżyser pierwszego sezonu, Jean-Marc Vallée? Właśnie dlatego początkowo można było mieć spore wątpliwości co do tej kontynuacji. Oczywiście, doskonałe zwiastuny jasno zdawały się wskazywać na to, że nie ma się czego obawiać, ale pamiętając, że tak też było w przypadku „Gry o tron” napięcie narastało… Na szczęście niepotrzebnie, gdyż Andrea Arnold zdołała oszukać to kłamstwo, a druga odsłona „Wielkich kłamstewek” nie zawodzi pod żadnym względem.

Znalezione obrazy dla zapytania big little lies season 2 1920x1080

Przed seansem jedną z największych obaw mogło być to, czy nowa na stołku reżyserskim Andrea Arnold zdoła w podobny do Jean-Marca Vallée sposób oddać niezwykły klimat z pierwszego sezonu, który udzielał się widzowi do tego stopnia, że sam wraz z piosenką Michaela Kiwanuki, oglądając kolejne przygody „piątki z Monterey” mógł się poczuć, jakby faktycznie przeniósł się swoim duchem… oraz ciałem do tego przepięknego miasteczka, położonego nad urwiskiem, blisko morza. Dla tych więc, którzy nie byli przekonani co do słuszności najnowszego sezonu, śmiało mogę powiedzieć, że nie mają się czego obawiać, bo Andrea Arnold w doskonały sposób przenosi nas ponownie do Monterey, tak że od razu wiemy, gdzie jesteśmy, a jednocześnie ubogaca historię o parę nowych rozwiązań, które doskonale współgrają z całością. Jako zaś, że pierwszy sezon długo krążył wokół śledztwa, dotyczącego powiązania Celeste i Jane poprzez Perry’ego, w drugim w większym stopniu skupiamy się na życiu codziennym. Co jednak ważne, ono też dostarcza pokładu wielkich emocji, gdyż jak się okazuje, to z pozoru zwykłe kłamstwo w ostatnim odcinku, ma swój odcisk na każdą z bohaterek. I każda z nich musi za nie zapłacić.

W pierwszym sezonie można było odczuć słuszne wrażenie, że opowiada on w głównej mierze o kłamstwach i kłamstewkach, które będąc ukrywane przed najbliższymi, mogą znacząco wpłynąć na pogorszenie relacji z nimi. Czy to zdrada Madeleine, czy tajemnica Jane, czy w końcu również niezdrowa relacja Celeste z Perry’m – to wszystko odcisnęło swoje piętno na reszcie członków rodziny. A w szczególności na dzieciach, które z powodu błędów rodziców na przykładzie synów Celeste, Josha i Maxa, z czasem zaczęli się zachowywać podobnie w szkole. Inni zaś jak Ziggy, syn Jane, byli piętnowani, a Amabella, wiecznie żyjąca w luksusach, zdana wyłącznie na siebie. W drugiej natomiast odsłonie wciąż żyjemy w sferze kłamstw, ale nie ich samych, a tego, jak bardzo tragiczne konsekwencje mogą mieć dla innych. Tym razem jednak nie skupiamy się wyłącznie na dzieciach, ale przede wszystkim dorosłych. Inną także ciekawą zmianą w stosunku do poprzedniej odsłony jest na pewno pokazanie, że nie tylko mężczyźni bywają toksyczni, ale również kobiety. W tym miejscu dochodzimy do wątku Mary Louise, która przybywa do Monterey po śmierci syna, by pomóc w opiece Celeste. W rzeczywistości jednak ingerując zarówno w jej oraz życie Jane, powoduje coraz większą wrogość. Ale nie tylko ona ma swoje za uszami, bo także sama Celeste, próbując przetrawić śmierć Perry’ego, poddaje się trudnym relacjom z mężczyznami, których nie sposób nazwać normalnymi, nie wspominając już o dziwacznej matce Bonnie. To dobra przeciwwaga w stosunku do pierwszego sezonu, która nadaje większej wiarygodności serialowi.

big-little-lies

Nie ma co jednak ukrywać, że w „Wielkich kłamstewkach” w porównaniu choćby do „Gry o tron”, czy „Westworldu”, najważniejsze nie są wcale liczne zwroty akcji, intryga, technologia, bądź strona wizualna, a główne bohaterki. Tak, właśnie na nich koncentruje się cała historia. Liane Moriarty w literackim pierwowzorze stworzyła z nich na tyle rozwinięte i ubogacone kobiety, że dzięki temu właśnie niemal każdy osobny wątek im poświęcony już w 1 sezonie oglądało się z równie dużym zainteresowaniem. Bo sukces „Wielkich kłamstewek” zależy właśnie od „piątki z Monterey”. I wszystkie ich wątki w drugim sezonie zostały również świetnie poprowadzone. W wyniku bowiem wspólnego kłamstwa pod koniec pierwszego sezonu, każda z bohaterek jest teraz zmuszona zmierzyć się z nim i jego konsekwencjami, które bywają momentami naprawdę ciężkie. A najlepiej tą zmianę widać zwłaszcza w wątku, poświęconym postaci Renaty, rewelacyjnie odgrywanej przez niezwykle charyzmatyczną w tej roli Laurę Dern. W pierwszym sezonie poznaliśmy ją bowiem niemal wyłącznie jako tą tykającą bombę, która w obronie własnej córki jest w stanie zniszczyć całą szkołę i każdego, kto stanie jej na drodze. W najnowszej odsłonie jesteśmy natomiast świadkami, tego jak z powodu oszustw finansowych męża, Renata traci niemal wszystko. Jednocześnie jednak pomimo dramatu i zachwiania własnej kariery, wciąż stara się być jak najlepszą matką dla swojej córeczki, Amabelli. Bardzo rozwinięta i doskonała kreacja.

Ponownie jednak na czoło całej obsady wysuwa się tu Reese Whiterspoon, która w roli wiecznie zabieganej i zapracowanej Madeline, jest po prostu bezbłędna, a w każdej scenie, w której się tylko pojawia, potrafi skraść nie tylko cały blask, ale również serce widza. Pomaga temu też fakt, że w stosunku do pierwszego sezonu, jej wątek kryzysu małżeńskiego z Edem jest nieco ciekawszy i daje aktorce większe pole do popisu. A Reese Whiterspoon skrzętnie to wykorzystuje, będąc niezwykle emocjonalną, ale i wiarygodną matką i żoną, chcącą naprawić swoje błędy z przeszłości. Jej kolejne starania, by zdobyć na nowo zaufanie Eda ogląda się z wielkim zainteresowaniem i aż kibicuje się Madeline, by jej się udało. Mało się też o tym wspomina, zapewne z racji tego, że to kobiety są tu najważniejsze, ale wśród całej męskiej obsady poza Perry’m jako jedyny bryluje właśnie ekranowy Ed, czyli Adam Scott, którego poczucie humoru oraz świetny duet z Madeline nadaje bardzo wiele energii do całego serialu. Wracając zaś do Reese Whiterspoon, to na edycji Złotych Globów z 2018 r. o miano najlepszej aktorki w miniserialu przegrała z własną partnerką z serialu, Nicole Kidman. Jako jednak, że nieczęsto się zdarza, by otrzymać 2 razy nagrodę za tą samą rolę, to uważam, że w przyszłym roku to właśnie Whiterspoon powinna ją otrzymać, bo najzwyczajniej mówiąc na to zasługuje.   

Znalezione obrazy dla zapytania big little lies season 2 1920x1080 reese witherspoon

W stosunku do pierwszego sezonu cieszy również znaczne rozwinięcie postaci Bonnie, odgrywanej przez Zoë Kravitz. Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałem do końca za tą aktorką, a jej postać była jak dla mnie jednym z jedynych mankamentów w pierwszym sezonie. Służyła tam bowiem w postaci „nowej dziewczyny” Nathana, czyli byłego męża Madeline, za którą ta nigdy nie przepadała i w związku z tym dochodziło pomiędzy nimi do kolejnych kłótni. Podobnie zresztą jak w przypadku mężczyzn – Eda i Nathana, których wzajemne docinki oglądało się z naprawdę świetnym ubawem. W ostatnim jednak odcinku podczas wspólnej walki z mężem Celeste, Terry’m to właśnie Bonnie zepchnęła go na schody. Dlaczego ona? To do końca nie było wiadome, ale w drugim sezonie na szczęście w końcu poznajemy ją nieco bliżej, na czym zyskuje też sama Zoë Kravitz. Wraz z bowiem przybyciem do Monterey jej rodziców, dowiadujemy się o tym, jak toksyczną relację Bonnie miała w dzieciństwie z matką. Stąd też tak od dawna narasta w niej gniew, bo pragnie go w końcu przelać na matce, by pokazać jej w ten sposób jak bardzo przez nią ucierpiała. A Bonnie czuje się gorzej, bo czuje, że zatajenie prawdy było złe i ma coraz większe wyrzuty sumienia. I w zasadzie jedyną z „piątki z Monterey”, która ma tym razem nieco mniej do zagrania, jest Jane. Oczywiście Shailene Woodley wciąż jest urocza i trudno nie polubić jej postaci, ale w wyniku domknięcia jej dramatycznego wątku z Perry’m, teraz jej próba otwarcia się na miłość wraz z pojawieniem się w jej życiu Coreya, nie wypada równie przekonująco.

Drugi sezon można pochwalić za naprawdę wiele rzeczy. Począwszy od rewelacyjnej Reese Whiterspoon, a skończywszy w końcu na świetnym rozwinięciu postaci Bonnie oraz Renaty, ale tym, co stanowi prawdziwy koń napędowy dla fabuły, jest bez dwóch zdań konfrontacja pomiędzy Celeste, a przybyłą do Monterey matką Perry’ego, czyli jej teściową, Mary Louise. Obie z nich to niezwykle silne kobiety, które przeżyły bardzo wiele w swoim życiu i zmierzyły się z wieloma przeciwnościami losu. Zwłaszcza Celeste, która po zmaganiach z Terry’m, idealnym ojcem, ale niezwykle brutalnym mężem, wciąż nie potrafi odnaleźć się w świecie ją otaczającym i z tego też powodu zaniedbuje swoich synów. Jej teściowa natomiast ciągle to wykorzystuje, chcąc pokazać żonie jej zmarłego syna, że nie nadaje się do opieki nad wnukami. Z czasem ich konflikt coraz mocniej narasta, a jedna nie rozumiejąc drugiej, doprowadza do procesu sądowego. Po pierwszym sezonie myślałem, że z postaci Celeste nie da się wyciągnąć nic więcej, bo jej relacja z Perry’m była tak świetnie przedstawiona. Na szczęście znowu się pomyliłem. Nicole Kidman po raz kolejny pokazuje się z najlepszej możliwej strony. Jest bardzo ekspresywna, ale przy okazji subtelna, a pod koniec stanowcza. Krótko mówiąc: Fenomenalna. Podobnie zresztą można takze rzec w przypadku Meryl Streep, która wciela się w Mary Louise. Gdy tylko ją po raz pierwszy zobaczyłem w zwiastunie, to nie mogłem się doczekać jej występu. Meryl Streep to w końcu ikona kina, więc można się było po niej spodziewać bardzo wiele. I Meryl bez dwóch zdań nie zawiodła, bo jest jak kameleon ze swoim aparatem na zęby i wiecznie spokojnym głosem. Z drugiej jednak strony swoimi ciągłymi uwagami do Celeste potrafi zdenerwować. Bywa więc na swój sposób irytująca, ale jednocześnie ciągle  intryguje. Nie zgodzę się jednak z mówiącymi, że Mary Louise jest antagonistka tego sezonu, bo dla mnie to bardziej skonfliktowana osoba, która nie potrafi przyjąć do siebie prawdy – w tym przypadku winy Perry’ego. Stąd właśnie jest tak uparta, nie widzi w sobie żadnej winy i nie zauważa, że przez swoje czyny niszczy innym życie. Meryl Streep jest bardzo przekonująca i stonowana w tej roli, a wspólnie z Nicole Kidman tworzą duet marzeń. Ich finałowa zaś scena rozprawy sądowej, przypominająca bokserskie stracie o lepsze aktorstwo, to majstersztyk!

Znalezione obrazy dla zapytania big little lies season 2 1920x1080

„Wielkie kłamstewka” wychwalać można godzinami, ale najlepszym komplementem, jest dość powiedzieć, że na dobrą sprawę w drugiej odsłonie nie widać żadnego spadku jakości w stosunku do pierwszej, a nawet momentami ta skala emocji jest jeszcze większa. Bo ten powrót do Monterey bez wątpienia można uznać za niezwykle udany, pełen emocji, możliwych wzruszeń i doskonałego aktorstwa. To jednocześnie powiew świeżości, ale także piękny hołd dla bohaterek, z którymi mogliśmy się już tak bardzo zżyć i je polubić. Choć więc fabuła wciąż kręci się wokół kłamstw, to jednak koncentruje się  na tym razem również na jego konsekwencjach. Jak w jednej ze scen nauczyciel tłumaczy swoim uczniom: „Tłumione uczucia, zwłaszcza te negatywne, z czasem mogą zamienić się w potwory„. I choć słowa te skierowane są głównie w stronę dzieci, to w rzeczywistości dotyczą każdego z nas. Główne bohaterki „Wielkich kłamstewek” muszą się zmierzyć z własnymi demonami z przeszłości. I jedynym na to wyjściem jest powiedzenie prawdy. Nie wiem, czy potrzeba tu w ogóle 3 sezonu, bo tak właściwie na wszystkie pytania zostały udzielone tu odpowiedzi. Ale kto wie? Na zakończenie powiem tylko, że ci którzy anulowali HBO po „Grze o tron”, niech teraz żałują. Morał jest więc taki z tej historii, że kłamstwo ma krótkie nogi i jego obecność w tytule serialu o niczym jeszcze nie znaczy, bo własne potwory można przezwyciężyć tylko dzięki… Prawdzie.

 

Ocena Filmaniaka:

9/10

4.5_stars.svg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s