„Wszyscy jesteśmy Kapłanami” – recenzja filmu „Boże ciało”

Każdy z nas jest Kapłanem Chrystusa” – takie słowa w jednej ze scen wypowiada grany przez Łukasza Simlata Ksiądz Tomasz w trakcie odprawiania jednej ze mszy świętych. Z pozoru brzmi to jak cotygodniowy w Niedzielę apel tego samego mężczyzny ubranego w sutannę w stronę tych samych wiernych i w tym samym Kościele. Jednakże już w tym miejscu dochodzi do zaburzenia perspektywy, bo prawdziwymi adresatami tych słów w rzeczywistości są… chłopcy osadzeni w poprawczaku za niepoprawne zachowanie. Wśród nich w większości są złodzieje, hultaje, brutale, a nawet młodzieżowi mordercy. Jak zatem tak zniszczeni przez złe uczynki grzesznicy mogliby zrozumieć sens tych słów? Z pozoru może się nam słusznie wydać, że powinny być one skierowane do tych „dobrych ludzi”. Ale czy tak właśnie się nie dzieje? Ksiądz Tomasz kieruje je nie tylko do osadzonych, ale również do nas, widzów, niszcząc tym samym schemat typowego kazania. I podobnie można rzec w przypadku najnowszej produkcji Jana Komasy. Przed seansem wydawać by się bowiem mogło, że to będzie kolejny film pro-religijny, albo anty-religijny, który by obnażał błędy Kościoła. W rzeczywistości jednak reżyserowi pamiętnej „Sali samobójców” udało się tutaj połączyć te obie sfery z sacrum i profanum, tworząc w „Bożym Ciele” jedyną w swoim rodzaju opowieść o nas samych.

Daniel (Bartosz Bielenia) jest zwykłym człowiekiem jak każdy z nas. On także posiada swoje marzenia, strachy i słabości. Lecz w tym wszystkim stara się znaleźć sens w swoim beznadziejnym życiu, a jego nieodłączną siłą prowadzącą przez trudy dnia codziennego, związanego z pobytem w poprawczaku, jest wiara. Chłopak modli się do Boga, a pod wpływem mądrych nauk Księdza Tomasza (Łukasz Simlat), wizytującego w ośrodku dla nieletnich przestępców, marzy o tym, by w przyszłości zostać księdzem. Niestety, jego marzenie jest niemożliwe z powodu dawnej przeszłości. Zbliża się czas końca odsiadki. Daniel po wyjściu z poprawczaka ma pojechać do małej miejscowości, by tam pracować w zakładzie stolarskim. Gdy jednak przez przypadek zaprzyjaźnia się z proboszczem w pobliskiej parafii, chłopak postanawia wykorzystać swoją szansę i w przebraniu księdza zaczyna pełnić posługę kapłańską. Już od samego początku jego metody nauczania spotykają się z wrogością ze strony kościelnej Lidii (Aleksandra Konieczna) i ogarniętego obsesją władzy Wójta (Leszek Lichota). Z czasem jego pomysły zaczynają zdobywać coraz większe poparcie, a Daniel zaprzyjaźnia się z rozdartą córką kościelnej, Elizą (Eliza Rycembel). Gdy zaś do miasta przybywa jego kolega z poprawczaka, „Pinczer” (Tomasz Ziętek), zaczynają się problemy. Lecz pomimo tego przebrany Ksiądz „Tomasz” za wszelką cenę postanawia pomóc społeczności po tragedii. Czy starczy mu na to dość czasu?

W naszej ojczyźnie, gdzie Kościół z roku na rok staje się coraz bardziej kontrowersyjnym tematem „tabu”, niełatwo jest opowiedzieć historię o naszej wierze. Gdy tylko bowiem (lekko ironizując) w filmie pojawią się jako motto słowa słynnej pieśni: „Bóg jest Miłością”, to zaraz potem pojawią się krytycy, nawołujący, że przecież to nie jest prawda. Ale z drugiej strony, gdy dany reżyser postanowi obnażyć błędy duchownych, to chwilę potem znajdzie się spora liczba chrześcijan, która stwierdzi, że to nie tylko obraza Kościoła i ich wiary, ale także samego Boga. I jak tu zatem przemówić ludziom do rozsądku? Każdy ma swoje zdanie na temat obecnej sytuacji Kościoła i jego coraz bardziej zauważalnego uzależnienia od państwa, co nie zmienia faktu, że obie te strony opozycji, zamiast ciągłego gniewu, powinny dążyć do znalezienia wspólnego języka. Tymczasem obecną sytuację w polskim Kościele śmiało można przyrównać do toksycznego fandomu „Gwiezdnych Wojen”, gdzie w miejsce wzajemnego poszanowania, wylewa się tylko jad i wzajemne pretensje, prowadzące donikąd. Jan Komasa tworzy natomiast obraz wiary według własnych zasad. W swoim przekazie „Boże ciało” bywa wprawdzie momentami brutalne i pretensjonalne, ale i tak nie można mu odmówić tego, że jest to bardzo uważne i jedno z najwiarygodniejszych spojrzeń nie tylko na sam Kościół, ale przede wszystkim na naszą, ludzką, często zgubną wiarę. Na to, co w rzeczywistości powinno ją kształtować, ale i pewne błędy wiernych, które w efekcie prowadzą do zakłamania. Bo takiego jak filmu jak „Boże Ciało” potrzeba było całemu polskiemu kinu. W porównaniu bowiem choćby do „Kleru” Komasa największy nacisk kładzie na obiektywne spojrzenie na temat, niekierowane żadnymi osobistymi pobudkami – i właśnie tą prawdą zwycięża.

Podobny obraz

Nakręcenie tak wymagającego filmu, zdolnego trafić swoją treścią do zwolenników obu stron konfliktu o Kościele, wymagało jednak nie tylko wielkiego doświadczenia reżyserskiego, ale przede wszystkim świetnie rozpisanego scenariusza, który byłby w stanie w sposób wiarygodny zobrazować na ekranie wszelkie wątpliwości, targające głównym bohaterem i problemy, z jakimi napotyka się wśród pozostałych mieszkańców. Zacznijmy od tego, że fabuła „Bożego Ciała” luźno inspiruje się wydarzeniami, do których doszło w 2011 roku w Budzisku. Ze zrozumiałego punktu widzenia ta historia w filmie została znacznie bardziej rozwinięta i pogłębiona, ale tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Za scenariusz do „Bożego Ciała” odpowiada bowiem młody, 27-letni Mateusz Pacewicz, dla którego ten skrypt był debiutem. I z całą pewnością można mu tylko tego pozazdrościć, bo tak świetnie rozpisanego bohatera jak Daniel dawno nie było w świecie polskiego kina. Najlepsze w tej postaci jest to, że Pacewicz nie kreuje jej jako jakiegoś bohatera bez skazy, a zwykłego człowieka, który tak jak my ma swoje słabości, ale próbuje z nimi walczyć. Z tego też powodu mamy szansę szczerze uwierzyć w tego bohatera. Wielkim atutem scenariusza są również same świetne dialogi, w których aż kipi od emocji. Odznaczają się one dużym poziomem zróżnicowania, lecz co nie ma w nich miejsca na żadną sztuczność, czy to podczas kazań „Tomasza”, czy wulgarnych rozmów młodzieży. Niemal wszystko jest tu więc zagrane wiarygodnie od początku do samego końca.

Mówię „Niemal”, bo pomimo całej mojej sympatii względem filmu Jana Komasy, uczciwie trzeba w tym miejscu przyznać, że tak jak przemiana Daniela wyszła Pacewiczowi nad wyraz przekonująco, tak już samo ukrywanie przez niego prawdziwej tożsamości, nie do końca. Niestety, w wielu bowiem momentach ta historia jest mocno naciągana i ciężko przez to uwierzyć w fakt, że głównemu bohaterowi tak długo udaje się ukryć swoją prawdziwą tożsamość. Działania, które Daniel podejmuje po drodze, prowadzą bowiem do coraz liczniejszych podważeń jego autorytetu i kapłaństwa. W ten sposób, pomimo dobrych intencji, Księdzu „Tomaszowi” z czasem zaczyna palić się grunt pod nogami, ale przez dłuższy czas udaje mu się wyjść z tego obronną ręką Bożą. Szkoda tylko, że czasem jest to mało wiarygodnie wyjaśnione i wręcz lekko podkoloryzowane (choć na szczęście takich momentów jest mało). Ponadto niektóre postacie powinny były otrzymać więcej czasu na ekranie (Pinczer!), a sama końcówka wzbudza dość mieszane uczucia u widza do tego stopnia, że może on wręcz podważyć sens przemiany głównego bohatera. W ten jednak sposób Komasa z Pacewiczem w najlepszy możliwy sposób ukazują, że nasza wiara nie zależy wyłącznie od chęci, ale niestety bardzo często także od ludzi, którzy nas otaczają. Świetnie ukazana została ponadto w „Bożym Ciele” sama społeczność wiejska, w której tym razem w porównaniu do co niektórych polskich produkcji (Planeta Singli, mowa o Was!) nie dojrzymy żadnych stereotypów. Jan Komasa ukazuje tą zranioną przez wypadek i śmierć sześciu młodych ludzi społeczność w najbardziej obiektywny sposób, ale zwraca uwagę na pewne zakłamania, które prowadzą do wykluczenia i agresji, co udowadnia choćby wątek poświęcony kościelnej Lidii. A to tylko jedna z wielu mądrości, jakie skrywa w sobie ta historia.

Boże Ciało

To, co sprawia, że „Boże Ciało” jest tak bardzo wyjątkowym filmem, wyróżniającym się na tle corocznych chłamów pewnego pana o nazwisku Vega i innych dość poprawnych produkcji polskich, jest fakt, że tutaj tak w zasadzie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Dla bardziej obeznanych z twórczością reżysera, Jana Komasy, może być to tym bardziej zaskakujące stwierdzenie, gdyż pamiętając jego poprzednie wyczyny w „Sali samobójców”, czy „Mieście 44”, wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że jest duże prawdopodobieństwo na to, że znów mu się nie uda. Umówmy się: Jan Komasa nigdy nie był złym reżyserem, bo w każdej ze swoich poprzednich produkcji widoczny był świetny pomysł wyjściowy. Problem tylko zawsze polegał na tym, że w pewnym momencie zbytnio popuszczał wodze fantazji i z tego powodu koniec końców otrzymywaliśmy takie kiczowate sceny jak „pocałunek pośród kul” w „Mieście 44”. Nikt nie mógł mieć pewności, czy i tym razem nie dostaniemy zwykłego przerostu formy nad treścią. Tak się jednak na całe szczęście nie stało, bo po tych paru latach, w „Bożym Ciele” widać, że Jan Komasa dojrzał nie tylko jako reżyser, ale przede wszystkim jako czuły i zręczny wizjoner, który każdą ze swoich postaci traktuje jako osobną postać, zasługującą na swoją historię. W swojej wizji jest bardzo staranny i co najważniejsze – wiarygodny. Komasa wprawdzie nie szczędzi tutaj krytyki zarówno Kościołowi, jak i władzy, jasno wskazując na ich błędy, ale nie skupia się wyłącznie na błędach systemu, a pewne zakłamania dostrzega także w ludziach. Poprzez obłudę, poprzez udawane miłosierdzie względem drugiego człowieka i poprzez codzienne odmawianie tego samego paciorka. Właśnie dlatego w tak cofniętej wsi pojawia się Ksiądz „Tomasz” – to wprawdzie nie pozbawiony wad człowiek, ale który jest ich świadomy i właśnie dlatego jako prawdziwy Kapłan Chrystusa jest w stanie dojrzeć, na czym powinna polegać wiara. I jestem przekonany, że tyle prawdy nie usłyszą nawet dzieci w ciągu całego roku na katechezach w szkole.

Można wychwalać film Komasy za wiele aspektów. Czy to za niebanalne podejście do tematu Kościoła, świetnie rozpisaną historię przemiany głównego bohatera, doskonały debiut scenariopisarski Mateusza Pacewicza, jakiego wielu mogłoby mu tylko pozazdrościć, czy widoczne dojrzałe podejście reżysera do całego tematu, ale tym prawdziwym objawieniem i najjaśniejszą gwiazdą tego filmu jest nie kto inny jak wcielający się w główną rolę Bartosz Bielenia, bez którego ta historia nie byłaby w stanie do nikogo trafić swoim sensem. Ten niespełna 30-letni aktor ma w sobie tak wielkie pokłady nieskończonej energii, że jest jak wielka bomba emocjonalna, która wybucha na oczach widza na ekranie. Bartosz Bielenia wraz ze swoimi wielkimi oczami, niezwykłą gestykulacją i pokładami nieskończonych emocji, jest po prostu hipnotyzujący. Lecz nie tylko on sam, bo również sama pozostała obsada spisuje się bez zarzutów, a co najlepsze każdy z nich ma tutaj do odegrania coś ciekawego. Świetna jest zwłaszcza Aleksandra Konieczna jako zatwardziała kościelna Lidia, która pomimo niewielu słów, grą ciała mówi ponad tysiąc słów, czy niezwykle przekonywującą Elizę Rycembel w roli córki kościelnej, Elizy, której choćby sama piosenka na długo zapada w pamięć. Krótkie, udane występy zaliczają także Łukasz Simlat, Leszek Lichota, a szczególnie Tomasz Ziętek, który pomimo niewielkiego czasu na ekranie zdołał wykreować niezwykle charyzmatyczną postać. Krótko mówiąc, mamy tu do czynienia z gwiazdorską obsadą w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Znalezione obrazy dla zapytania boże ciało 1280x720

„Boże Ciało” jest najlepszym przykładem na to, że wiara potrafi zdziałać cuda. W świecie, w którym chrześcijaństwo staje się z coraz trudniejszym tematem do rozmowy, wiele wierzących decyduje się na odejście od Kościoła ze względu na kontrowersyjne wiadomości, skupiające się na duchownych i księżach, film Jana Komasy był tak bardzo potrzebny. Dzięki temu bowiem świadectwu prawdziwej apostolskiej wiary, widz może bowiem nie tylko na nowo odzyskać wiarę w polskie kino (które jak widać ma się naprawdę bardzo dobrze), ale także osobno jako człowiek zrozumieć sens wiary i tego, co powinno ją kształtować. Wprawdzie, nie jest to też w pełni idealna opowieść, bo bywa ona w paru momentach zbytnio naciągana i przejaskrawiona, a dodatkowo nie ukrywajmy, że nie wniesie ona żadnych odpowiedzi, których już przedtem nie znaliśmy, ale i tak w tym wszystkim cieszy fakt, że Jan Komasa jako jeden z nielicznych dostrzega w Kościele i wierze w Chrystusa podstawę do zbudowania czegoś pięknego. To nie jest bowiem film o Kościele, a bardzo wiarygodne świadectwo na temat naszych ludzkich grzechów. Z pozoru to zwykła spowiedź na temat błędów wiernych Kościoła, a w rzeczywistości bardzo mądre wyznanie wiary, którego każdy powinien doświadczyć, bo ukazuje ono, że dzięki naszym dobrym uczynkom względem drugiego człowieka możemy odkupić swoje winy i zmienić ten świat na lepsze. Bo tak jak powiedział Ksiądz Tomasz: „Każdy z nas jest Kapłanem Chrystusa”. Wystarczy tylko w to uwierzyć i otworzyć się nie na mozolną modlitwę, odmawianie ciągle tych samych paciorków, czy wiarę na pokaz, a na prawdziwe Dobro, które nas otacza i do którego każdy z nas jest stworzony.

 

Ocena Filmaniaka:

8/10

1280px-4_stars.svg

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s